Ladytron - Paradises

Pionierzy stylu electroclash i synth-popowej retromanii z początku tysiąclecia powracają do życia jako trio, z nowym, bardzo długim i nierównym albumem.
Kocham i kibicuję Ladytron od samego początku. Od kiedy ich przełomowy numer „Playgirl” przedarł się z Liverpoolu do Warszawy na przełomie tysiącleci, wiedziałem że to jest to. Tych czworo było w równym stopniu dziedzicami Kraftwerk, co ABBY. W czasie eksplozji ‘nowej elektroniki’, oni jako jedni z pierwszych sięgnęli do lat 80-tych jako źródła inspiracji i przełożyli pryncypia synth-popu na współczesne potrzeby twórcze. Nazwano to wówczas electroclash, który kojarzymy z Miss Kittin & The Hacker, Fischerspooner, Chicks On Speed, Peaches, czy Tiga.
To co wyróżniało Ladytron to poważne podejście do tej retro-syntetycznej estetyki, nie na zasadzie pastiszu i ciekawostki, lecz ponownego wykorzystania narzędzi do synth-popu w zupełnie innym świecie. Owej powadze towarzyszyła noworomantyczna stoickość, androgeniczność, i obojętność wobec świata, podparta chłodną liryczną obserwacją postępującej degradacji ludzkiej integralności. Ich albumy trafiły w czuły punkt skrywanej tęsknoty za muzyką, dzięki której lata 80. były jedną z najlepszych dekad w historii popu.
Przewijamy taśmę do dnia dzisiejszego i lądujemy w świecie w którym zmieniło się wszystko. Muzykę z lat 80 uprawiają już wszyscy. Przetrwaliśmy pandemię, grozi nam nowy konflikt światowy i widmo nuklearne, ale my wolimy zmieniać stan skupienia z analogowego na cyfrowy. Ladytron nadal istnieją, ale z zespołu odszedł Reuben Wu, aby na pełen etat zająć się swoją pasją, czyli fotografią, którą wcześniej pielęgnował pomiędzy trasami. Obecnie Ladytron tworzą Daniel Hunt, Helen Marnie i Mira Aroyo. Niezmienny pozostaje ich sound oraz uroda Aroyo.
Wiadomo, że odejście kluczowego członka, który był w zespole od początku, w jakimś stopniu wpłynie na jego styl. Stopniowo obserwujemy je już od jakiegoś czasu; apogeum ‘tamtego’ Ladytron przypada na płytę „Velocifero”, oraz jej singlowy numer „Tomorrow”, po którym uznałem, że już nic lepszego mnie w ich wykonaniu nie spotka. To była prorocza autosugestia – od tamtej pory żadna kolejna płyta Ladytron nie przykuła mojej uwagi. Ich styl spowszedniał, a retromania przybrała rozmiary światowej histerii, od których ja instynktownie uciekam.
Ich nowy album „Paradises” tego nie zmienił. Ladytron zawsze lubili długie longplaye, ale te 72 minuty to za dużo. Muzyka pop najlepiej wypada w dawkach detalicznych, nie hurtowych – właśnie dlatego wymyślono radio, single, MTV. Tymczasem Ladytron przynosi potężne garści nowego materiału, po którym wyraźnie słychać wahania jakościowe. Ciężar kompozycyjny spoczął już niemal wyłącznie na Danielu, co pozwala mi podejrzewać, że to właśnie on był tu główną siłą sprawczą całego przedsięwzięcia (dawniej Ladytron tworzył bardziej zespołowo).
Nie lubię albumów, na których obok utworów natchnionych słychać knoty i wypełniacze. A „Paradises” brzmią właśnie tak, jakby ktoś kazał im wypełnić ten nowy fascynujący format jakim jest CD po brzegi. Część numerów brzmi gorzej, mniej dopracowanie. Gdyby skrócić ten album o kilka kompozycji, cała reszta byłaby bardziej dobitna, efektowna, przekonująca. Niewątpliwie mamy do czynienia z najlepszym co Ladytron nagrali od czasu „Velocifero”, ale siła tych wiodących numerów byłaby większa, gdyby nie musiały one kontrastować z wypełniaczami.
Do najmocniejszych punktów tego albumu zaliczam „Sing” oraz „Caught in the Blink of an Eye”. Te kawałki brzmią tak, jak Ladytron powinien – przebojowo, wzruszająco, porywająco. Potrafią ukoić i niepokoić, zabrać myśli z tego świata i przenieść gdzieś w lepsze miejsce, na przykład do Londynu. Ale tu pojawia się problem tych, które brzmią nijako, nudno, zbędnie, np. „Evergreen”, „Metaphysica”, „Ordinary Love” czy „For a Life in London”. To nic nowego, że Ladytron lepią swoje albumy z różnych elementów, ale wcześniej jakoś to grało, a teraz jedynie kontrastuje.
„Paradises” nie zawiera ani jednego numeru poniżej krytyki, ale duża ich część razi pozorną niekompletnością, jak demo lub niedokończone projekty. O każdym z tych kawałków da się powiedzieć coś dobrego, każdy ma w sobie DNA Ladytron – i właśnie dlatego chciałoby się, aby ktoś je porządnie dopracował. „Kingdom Undersea”, „In Blood”, „A Death in London”, czy najgorszy z nich “I See Red” – aż trudno uwierzyć, że to właśnie one zostały wybrane na single, w przeciwieństwie chociażby do genialnego „Sing”, w którym słyszę echa „Tomorrow”.
Słuchając „Paradises” odnoszę wrażenie, że te kawałki zostały stworzone z myślą o miksie na żywo. Część z nich brzmi już nie syntetycznie i stoicko jak kiedyś, tylko zupełnie tanecznie i klubowo, jak Sophie Ellis-Bextor, Róisín Murphy, albo Goldfrapp. I nie jest to zarzut, lecz obserwacja pewnej zmiany w ogólnej prezentacji i wibracjach tej muzyki. Podkreślam, „Paradises” to ciekawy zbiór numerów, z których kilka zaliczam do najsilniejszych, jakie Ladytron nagrali od lat. Ale razem tworzą rozwleczony, nudnawy, niezupełnie udany album.
JAKUB OŚLAK



