Laibach - Musick

Słoweńscy wywrotowcy muzyczni powracają z kolejną płytą, której stylistyka nawiązuje do klubowych brzmień lat 90, z naciskiem na te niewybredne. Co poeta mógł mieć na myśli?
Nigdy nie byłem fanem parodystów w muzyce, wszelkiej maści błaznów i komediantów. Muzyka to poważna sprawa, nawet ta popularna. Frank Zappa, ojciec chrzestny muzycznej parodii, ale także ‘Weird’ Al Yankovic, Tenacious D, Spinal Tap, itd. byli dla mnie od zawsze stratą czasu (poza skrętem kiszek ze śmiechu do teledysku „Smells Like Nirvana” Yankovica). Nawet ci, którzy nie zajmują się parodią nominalnie, a mimo to podejmują się tego wysiłku z artystycznych pobudek, nigdy nie potrafili zaskarbić moich sympatii. I nowa płyta Laibach tego nie zmienia.
Co nie oznacza, że nie warto poświęcić jej uwagi. Laibach to poważny zespół, który słynie z dekonstrukcji zastanego porządku. Ich image, manifest, covery i koncepcje albumów od zawsze miały cele prowokacyjne. Koncert w Korei Północnej? Quasi-nazistowska symbolika? Mundury i militarno-propagandowa stylistyka? Wszystko się zgadza. Odbiorcy naiwni biorą to na serio (w myśl zasady ‘to co widzę, to jest’), odbiorcy wnikliwi analizują i interpretują. Jedni i drudzy padają ofiarą wywrotowej otoczki, która przesłania meritum, czyli muzykę. A ta jest jaka jest.
Laibach, tak jak Zappa, ma w swoim dorobku płyty ‘poważne’ i ‘niepoważne’. Zdecydowanie wolę te poważne, klasyki takie jak „Nova Akropola”, oraz bardziej współczesne „Also Sprach Zarathustra”. Są to świetne industrialne koncepcje, do których laibachowa otoczka pasuje jak ulał. Z drugiej strony mamy takie historie jak „Musick”, będącą społeczno-kulturowym komentarzem pod powłoką parodii. Tym razem padło na niewybredne, taneczne, klubowe brzmienia w stylu eurodance, house, electro, a nawet hi-NRG, a także bardziej współczesnym.
Pytanie, po co to wszystko? Eurodance było parodią samo w sobie, a stylistyka klubowa przeżywa w ostatnich latach renesans, ponownie rozlewając się po mainstreamie. Po co Laibach trawestują Kraftwerk (w „Love Machine”)? Po co komponują numery zbieżne z Brooklyn Bounce (tu głos Milana Frasa wyjątkowo pasuje), Real McCoy czy Captain Hollywood? Czemu ma służyć ta ‘ukryta’ niechęć do muzyki? Czy Laibach są już zmęczeni i usiłują podpalić Rzym wraz ze słuchaczami? A może chodzi tylko o to, aby wywołać reakcję w stylu ‘co to za szajs?!’
To nie pierwszy raz, gdy Laibach sięga po taką stylistykę. Przypominam cukierkowe „Love is Still Alive”, oraz starsze „Kapital”, na którym industrial naturalnie przeszedł w techno. „Musick” jest kontynuacją tego trendu, którym jestem już zmęczony, podobnie jak syntetycznymi albumami Ulvera, ultra-popowym brzmieniem Kim Gordon czy nieśmiesznym żartem w postaci Angine di Poitrine. Nie jesteśmy w galerii sztuki, aby się zastanawiać co poeta miał na myśli. Muzyka ma wciągać, oczarowywać i porywać, a nie irytować i zniechęcać. A taki właśnie jest „Musick”.
No dobrze, ale jak się to ma np. do KLF, którzy na początku lat 90 wywrócili stolik, pomimo iż był to tylko żart/manifest/akcja artystyczna? Różnica jest taka, że KLF do dziś słucha się świetnie; ich muzyka miała przekaz parodystyczny, ale jej powierzchowność była na tyle porywająca, aby zachwycić cały świat i wspominać ją do dziś. W przypadku „Musick” jest dokładnie odwrotnie – te numery są złe i na tym koniec. Gdybym chciał posłuchać eurodance, a nie będę chciał, to sięgnę do klasyków w postaci „Rhythm is a Dancer” albo „Better Off Alone”, a nie ich parodii.
LAIBACH - Warszawa, Progresja, 30.05.2026








