Marilyn Manson - One Assassination Under God – Chapter 2

RecenzjaMaciej MajewskiMarilyn MansonNuclear Blast / Mystic Production2026
Marilyn Manson - One Assassination Under God – Chapter 2

“One Assassination Under God – Chapter 2” nie jest kontynuacją części pierwszej, tylko nieco innym zbiorem utworów.

Pierwsza część była powrotem Marilyn Manson po dość trudnym okresie. Dobór materiału, który się na nim znalazł, wyraźnie nawiązywał do najbardziej przebojowego okresu w dorobku zespołu. Odsłona druga ma nieco inny charakter. Owszem, zebrana została z puli utworów, która powstała w tym samym czasie przy udziale Tylera Batesa, ale różni się odczynnikiem muzycznym. Nie jest już aż tak chwytliwa jak jedynka, ma nieco filmową dynamikę i inny stopień przyswajalności.

Otwierający ją “Unalive” ma w sobie coś z typowej stylistyki horroru według Marilyn Manson - brudny, skradający się riff, tu i ówdzie zakrzyki Briana i ponuro-minorowy aranż. Lepsze wrażenie robi “Don't Answer The Door”, który jest nieco bardziej ‘przejrzysty’ dzięki marszowemu rytmowi i gotyckiemu charakterowi całości. Z kolei znany z drugiego singla “Front Toward Enemy”, to zwrot w stronę nieco bardziej industrialną, a więc taką, w której zespół po dziś dzień czuje się zdaje się najlepiej. Świetnie wypada natomiast “All The Vilest Things”, które ma w sobie cechy zarówno dark-mansonowej ballady, jak i swoistego manifestu (You tried your best to destroy me/Don't want revenge/'Cause you only made me stronger). Zaś wyjątkowo nośny “None Of The Suns” z wkręcającym się pod bitem riffem, stanowi jeden z najbardziej przebojowych fragmentów twórczości MM ostatnich lat. Ta przebojowości przenosi się także na żwawe “Lucifer's Teardrop”, który momentami brzmi trochę jak zagubiony numer Gary'ego Numana. Trochę mętnie na tym tle wypada “The Arsonist”, który jest dość wymęczony i w konsekwencji nużący. Końcówka płyty wypada jednak całkiem znośnie - znany z pierwszego singla “Exit Wound” zdaje się być nawet pewnego rodzaju łącznikiem między “Chapter 1”, bo za pomocą nie przesadzonego aranżu, zyskał naturalny charakterystyczny dla Marilyn Manson vibe. Album zamyka natomiast synth-mroczny “Enantiomorph”. Naznaczony zmutowanym, mówionym intrem, niczym z automatycznej sekretarki, buduje smutną opowieść z wątkiem miłosnym, gdzie motyw śmierci miesza się z Bogiem i Diabłem, czyli dość standardowa mieszanka dla twórczości grupy

Marilyn Manson wrócili chyba na dobre. Ostatnie koncerty grupy (także w naszym kraju), są tego najlepszym dowodem. Dyptyk “One Assassination Under God” nie jest może równy artystycznie, ale jest to wystarczająco dobry materiał, by dać Marilyn Manson kolejną szansę.

Powiązane materiały