Mick Harvey & Amanda Acevedo - Psychedelia In White

Harvey i Acevedo porzucają zadymiony salon na rzecz halucynogennej podróży przez pustynię. „Psychedelia in White” to hipnotyzujący przełom, którego artysta potrzebował od lat.
Bardzo mnie zaskoczył Mick Harvey – wreszcie wydał interesującą, niebanalną płytę o niecodziennym dla siebie brzmieniu. Mam delikatny problem z tym muzykiem – jak na kogoś, kto przez tyle lat pełnił funkcję dyrektora muzycznego The Bad Seeds, jego solowa twórczość jest monotematyczna i przewidywalna. Nie odbieram jej kunsztu i klimatu, ale nawet najlepszy żart powtarzany x razy przestaje śmieszyć. Sęk w tym, że Harvey jest koneserem klimatycznych, mroczno-romantycznych ballad w duchu chanson (szczególnie a ‘la Serge Gainsbourg) i okolic. Tak, płyty Leonarda Cohena także nie były dramatycznie od siebie różne; jednakże Harvey, jeden ze znakomitych powierników pieśni Cohena, mógłby swoją muzykę nieco bardziej urozmaicić.
Gdy kilka lat temu ukazała się płyta „Phantasmagoria in Blue”, nagrana razem z meksykańską artystką Amandą Acevedo, sądziłem, że może okazać się ona powiewem świeżości. Niestety, było to „znowu to samo”, do czego Mick przyzwyczaił słuchaczy na przestrzeni dwóch dekad. Do wydanej w międzyczasie „Golden Mirrors” nawet nie podszedłem (i strzelam, że niewiele wnosi ona nowego). Teraz, gdy Mick i Amanda ponownie wydali w krótkim czasie nowy album, już samym tytułem sugerujący kontynuację poprzednika, założyłem, że nasz bohater jeszcze bardziej okopie się w swoim akustyczno-lirycznym bunkrze o anyżowym zapachu absyntu. I gdy wreszcie zasiadłem do jego wysłuchania, okazało się, że mało brakowało, a przeoczyłbym skarb.
„Psychedelia in White” jest czymś zupełnie innym niż jej błękitny poprzednik. W przeciwieństwie do np. „Intoxicated Women”, będącej siostrą-bliźniaczką wcześniejszych płyt „Delirium Tremens” i „Pink Elephants”, „Psychedelia” jest czymś w rodzaju dalekiej kuzynki „Phantasmagorii” – i to głównie z nazwy. W praktyce mówimy tu o zupełnie innych tematycznie albumach, połączonych wyłącznie obecnością wokalnego duetu Amanda-Mick. Brzmienie nie bazuje już wyłącznie na wokalu z akustycznym akompaniamentem, lecz na rozłożystej, zaiste psychodelicznej palecie barw i wędrówce między krainami i wymiarami. Zamiast absyntu popija się tu herbatę z pejotlu, a z deszczowej Brukseli przenosimy się na pustynię w El Paso.
To, że rock psychodeliczny przeżywa w ostatnich latach mały renesans, nie jest tu zbiegiem okoliczności. Harvey pokazuje, że on też tak potrafi, a to, co wspólnie stworzyli z Acevedo, jest wyraźnym krokiem naprzód – tam, dokąd prowadzi piekące słońce. Amanda pokazuje, na co ją stać – jej wokal robi tu wielką różnicę. Wcześniej była dodatkiem do Harveya, a teraz stała się główną postacią. Epatuje z niej pewność siebie i wokalna siła, czego nie mogę powiedzieć o znakomitej większości współczesnych młodych wokalistek, grających i śpiewających tak samo, czyli smętnie i mimozowato. Acevedo brzmi jak Nico lub Grace Slick, która prowadzi ten aeroplan w głąb króliczej nory, na której końcu czeka wybór pomiędzy przebudzeniem a komą.
Obok wokali „Psychedelia in White” to przede wszystkim bogate, wielowarstwowe instrumentarium łączące klasyczny art-rock z przestrzennym, psychodelicznym brzmieniem. To brzmienie zespołowe, gdzie słychać gitary elektryczne i akustyczne, organy, syntezatory, bębny, sekcję smyczkową i efekty dźwiękowe dodane w postprodukcji. Nad całością miksu czuwał Alain Johannes, który przecież słynie z tej onirycznej „pustynności” wszystkich swoich projektów, opartych na dynamice, riffie, ale i niezłym odlocie w czasoprzestrzeń i głębię umysłu. Grunt, że „Psychedelia in White” brzmi jak album pełną gębą, który nie ma zbyt wiele wspólnego z tym snującym się kawiarnianym bluesem, do którego Harvey przyzwyczaił nas od lat.
Acevedo nie jest bynajmniej pierwszą partnerką twórczą Harveya. Najważniejszy z byłych Bad Seedsów nagrywał przecież z Anitą Lane, z PJ Harvey, Xanthe Waite, Andreą Schroeder i jeszcze wieloma innymi wokalistkami, a duety te przywodziły na myśl niewątpliwy powab jego starego zespołu. W przypadku tej płyty, co warto powtórzyć, Harvey niczego nie imituje ani sam nie dominuje całego nagrania (chociaż śpiewa i obsługuje wiele instrumentów). Udowadnia tym wydawnictwem, że jest nie tylko frontmanem, ale także szefem zaplecza – architektem brzmienia, który właśnie trafił na trop czegoś zupełnie nowego, czego na swoim dotychczasowym szlaku jeszcze nie widział. Jestem bardzo ciekaw, dokąd ich to zaprowadzi.




