Neurosis - An Undying Love For A Burning World

RecenzjaNeurosisNeurot Recordings2026
Neurosis - An Undying Love For A Burning World

Ojcowie chrzestni post-metalu wracają znienacka z nowym materiałem, który od wejścia został powszechnie okrzyknięty poważnym kandydatem do miana albumu roku.

Neurosis – An Undying Love For A Burning World

Właśnie tak trzeba wydawać nowe płyty. Bez niekończących się teaserów, bez coraz bardziej tracących sens singli, bez pompowania oczekiwań i sztucznego momentum. Tym bardziej, gdy płycie towarzyszy zupełnie niespodziewany powrót zespołu po latach niezdrowej ciszy, oraz kluczowa zmiana w składzie. Jeśli fani nie wiedzą nawet, że czekają na dany materiał i jak bardzo go potrzebowali, i jeśli ten materiał mówi sam za siebie – wtedy wystarczy go po prostu wrzucić do sieci w pewien niepozorny piątek, a reszta pójdzie już sama. Właśnie tak zrobili Neurosis, a efekt przerósł nawet ich najśmielsze oczekiwania, chociaż jak sami twierdzą, nie mieli żadnych.

Pamiętam kilka takich przypadków z przeszłości, gdy nowy materiał po prostu pojawił się w sieci i na jakiś czas zakrzywił czasoprzestrzeń. Jak pokazuje powszechny zachwyt muzycznych krytyków, socjalowych celebrytów i zwykłych fanów, „An Undying Love For A Burning World” uderzył w czuły punkt muzycznej społeczności. Słuchacze nie byli na taki cios przygotowani, nie mieli czasu zbudować oczekiwań, zostali postawieni przed faktem dokonanym, a im samym pozostało tylko bałwochwalstwo. Tym bardziej, że płyta ma moc elektryzowania i jednoczenia zarówno metalowych ekspertów, jak i zupełnych laików, w obliczu świetnej muzyki bez wad.

Dosyć zabawnie czyta się kolejne kwieciste peany na temat tego albumu, tak jakby panował konkurs na to kto w sposób bardziej wiarygodny padnie na twarz przed Neronem. Ja w takich sytuacjach zwykle reaguję alergicznie i dana płyta ma u mnie na starcie punkty ujemne. Jednak w tym przypadku zgadzam się ze zgiełkiem – album jest bezdyskusyjnie wart uwagi każdego, kto pozostaje otwarty na świetnie skomponowane i brawurowo wykonane longplaye, bez względu na ciężar gatunkowy. Ostatecznie, Neurosis są synonimem post-metalu, a wszelkie gatunki ‘post’ z definicji wychodzą poza nawias i ten pilnie strzeżony przez strażników mentalny kojec.

Neurosis wracają z nowym frontmanem, którym został Aaron Turner z Isis. To transfer-marzenie, gdyż do zespołu weteranów trafia wychowanek akademii. Obie ekipy są kluczowe dla post-metalu, łącząc ciężar z atmosferycznością; parają się rozbudowanymi kompozycjami, budowaniem klimatu, ciężkimi riffami, ‘sludge’owym’ tempem oraz nagłymi zwrotami akcji z cichych nastrojów na głośne ściany dźwięku. Tworzą mroczną, hipnotyczną, apokaliptyczną atmosferę. Tam, gdzie Neurosis są bardziej surowi i agresywni, tam Isis brzmią bardziej przestrzennie, melodyjnie i progresywnie. ‘Nowe’ Neurosis to idealny mariaż obu tych tendencji.

Turner do Neurosis to akt przeznaczenia. Można stwierdzić, że gość całe życie przygotowywał się do tej roli i odnalazł się w zespole idealnie, jakby grał tam od zawsze. Dał ten jakże potrzebny powiew świeżości i inspiracji i oczyścił atmosferę po tym, jak został wyrzucony Scott Kelly. To słychać, że panowie grają uskrzydleni, skrywając pokłady radości pod tą ciężką i niewesołą przecież muzyką. „An Undying Love For A Burning World” to wiarygodność i siła przekonywania, ale także zupełnie nowy zew tu i teraz, bez oglądania się na przeszłość. Podobny prąd czułem, gdy kilka lat temu Tool także znienacka i po długiej przerwie zaprezentował „Fear Inoculum”.

„An Undying Love For A Burning World” to jeden z tych albumów, których słucha się jednym tchem, jako kombinowaną, nierozerwalną, skonsolidowaną całość. Numery przechodzą między sobą płynnie i niepostrzeżenie, a gdy ciężar gitar, sprzęgający bas, organiczna perkusja, karmazynowy rytm i hardcorowe głosy dają odpocząć, wtedy wchodzą klawisze, niosąc dominantę ambientu i kinowego nastroju. Nie chcę wyróżniać któregokolwiek numeru, gdyż one dopełniają się wzajemnie – to płyta do słuchania w całości, przy której sporo starego materiału, nawet „Times of Grace” czy „Through Silver in Blood”, wydaje się znoszone i nudnawe.

Zespołom o stabilnej renomie, będących synonimem gatunku, trudno jest nagrać coś nowego, co nie przegra w uszach fanów ze złotymi klasykami. Ale co jakiś czas taka sztuka się udaje – a Neurosis dzięki „An Undying Love For A Burning World” dokonali czegoś spektakularnego – wrócili do gry i od razu zdobyli mistrzostwo. Jednocześnie, o wiele bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, ich brzmienie stało się otwarte, a jego inspiracje klarowne i dynamiczne. To muzyka katartyczna, osadzona w teraźniejszości, oparta na wzajemnym przenikaniu się pobudek intelektualnych i emocjonalnych, dzięki której Neurosis pozostają wartością samą w sobie.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały