Soft Cell - Danceteria

"Danceteria” to powrót do nowojorskich korzeni i klubowego brzmienia lat 80., oraz poruszający testament Dave’a Balla, który zamyka historię pionierów synth-popu.
Tu nie ma mowy o „jeśli” – „Danceteria” to ostatni, nowy album Soft Cell. Dave Ball zdążył ukończyć nagrania na tę płytę na kilka dni przed swoją śmiercią, a Marc Almond nie zamierza zastępować go w zespole nikim nowym. Już i tak ich zaufany producent Philip Larsen zastąpił Balla w występach Soft Cell na żywo (ze względu na zdrowie Balla) w Australii i USA przed Simple Minds i The Human League. To, co słyszymy na tej płycie, ma dwa wymiary – ten bardziej dosłowny i mniej oczywisty. Z jednej strony to wspomnienia Almonda z Nowego Jorku lat 80., mekki ówczesnej gejowskiej sceny klubowej; z drugiej – nostalgia za minionym czasem i próba ucieczki do swoich najlepszych wspomnień, gdy czasu teraźniejszego jest już coraz mniej.
Dave Ball był bardzo zadowolony z produkcji „Danceterii” – album brzmi bogato pod kątem brzmieniowym, głęboko, a jednocześnie z typowym dla Soft Cell chłodem. Ich poprzednia płyta „*Happiness Not Included” była pod tym względem słabsza i służyła bardziej jako sprawdzian dwójki muzycznych partnerów, czy jeszcze potrafią stworzyć razem coś ciekawego. Z perspektywy czasu brzmi jak wstęp do „Danceterii”, której brzmienie jest godne albumu finałowego. Słychać tę dumę i fanfary, a jednocześnie łzy i melancholię. Te bardziej taneczne numery brzmią fantastycznie, czego nie można niestety powiedzieć o wielu współczesnych produkcjach dawnych tuzów synth-popu. Nie ma wątpliwości – to Soft Cell na 100%.
„Danceteria” to także łzy, wspomnienia, melancholia i przywoływanie najlepszych chwil z coraz odleglejszych lat. Marc Almond spaceruje tu po Nowym Jorku, wśród kawiarni i klubów, na czele z tytułową Danceterią – klubem, w którym debiutowało wielu późniejszych wielkich artystów, w tym właśnie Soft Cell. Co ciekawe, na ostatniej swojej płycie o tym samym klubie wspomina Madonna, która również stawiała tam pierwsze kroki, a idylliczna atmosfera tego miejsca udzielała się każdemu, kto tam bywał. Według naocznych świadków było to miejsce w stylu słynnego Record Plant w Los Angeles – miejsca, które zainspirowało hymn klasycznego rocka „Hotel California”. Miejsca, którego, gdy raz tam zawitasz, już nigdy nie opuścisz.
Gęstość, głębia i bogactwo produkcji mają znaczenie, gdy mówimy o formie wokalnej Almonda. Marc dobiega siedemdziesiątki i jego głos w naturalny sposób ulega degradacji, przez co o wiele bardziej przekonująco brzmi w balladach, takich jak „Times Square” czy przejmujące „Rainbow Room”. To właśnie tu Marc transmituje swoje największe inspiracje muzyczne, takie jak Gene Pitney i Jacques Brel, czyli klasycznych wokalistów słynących z teatralnej, poetyckiej ballady. Z drugiej strony, takie numery jak „Two of a Kind” to czysty klubowy syntetyk i ten typowy dla Soft Cell mrok i chłód, który Marc wykonuje wciąż brawurowo. Jestem pod wrażeniem, w jak sprytny i wciągający sposób zespół podsumował na tej płycie w zasadzie całą swoją historię.
Marc Almond to artysta wielowymiarowy, którego kariera szła równocześnie w wielu kierunkach. To także ikona pewnego undergroundowego stylu klubowego, który na „Danceterii” otrzymuje godne pożegnanie. Pamiętajmy, że Almond równie chętnie co w synth-popie i kabarecie udzielał się w ezoterycznych, post-industrialnych kręgach w stylu Current 93 i Coil. Tu jednak ten mrok pozostaje szczelnie zamknięty za drzwiami, chociaż typowy dla Almonda hedonizm i tajemnica są tu przez cały czas obecne. To, co najważniejsze, to objawienie przez niego swojej ludzkiej twarzy – być może po raz pierwszy w tak dosłownym stylu. To już nie poezja, tylko pamiętnik pełen bardzo wymownych zdjęć, o których Almond opowiada z mieszanką uśmiechu i łez.
„Danceteria” to pełna rozmachu, polotu, energii i prawdziwości płyta od weteranów – pionierów synth-popu i ikon muzyki klubowej. Słuchając Almonda, staje się jasne, skąd przychodzą jego rówieśnicy, tacy jak Neil Tennant, a także Andy Bell czy Jimmy Somerville. To tyczy się to także testamentu Dave’a Balla – odszedł, zostawiając nam płytę, która być może dopięła czegoś w głębi jego schorowanego serca: stworzenia czegoś na miarę opus magnum. Porównania z klasyczną płytą „Non-Stop Erotic Cabaret” Soft Cell są tu oczywiste i jestem przekonany, że sympatycy zespołu bez problemu postawią oba te krążki obok siebie. „Danceteria” to triumf muzyki klubowej i kultury disco, która, jak widać, nie jest już tylko wspomnieniem nielicznych.







