The Strokes - Reality Awaits

RecenzjaJakub OślakThe StrokesSony Music Poland2026
The Strokes - Reality Awaits

Jak brzmi nowy album czołowych przedstawicieli rewolucji gitarowej XXI wieku? To rzecz, która mocno podzieli nie tylko przygodnych słuchaczy, ale nawet oddanych fanów.

Użycie autotune na płycie rockowej jest jak zepsuta toaleta w restauracji: nieważne jak smaczny był posiłek – już nigdy tam nie wrócę. Tłumaczenia ze strony zespołu, że to celowy zabieg artystyczny nie mają znaczenia – autotune został użyty, kropka. A gdy mamy do czynienia z nową płytą nie byle kogo, tylko sztandarowego zespołu rewolucji rockowej z początku XXI wieku, wtedy boli to podwójnie, tak jak nadmiar palących przypraw na wspomnianym obiedzie. Julian Casablancas jest przynajmniej solidnym wokalistą, który nie potrzebuje autotune – po co zatem tak niszczyć ten skądinąd ciekawy krążek, opakowując go w używany papier toaletowy?

Mój i tak już chłodny stosunek do The Strokes nie bierze się znikąd. To typowy przykład zespołu ‘jednego przeboju’, w tym przypadku albumu – „Is This It?”, klasycznej już płyty jaką usłyszał świat na początku lat 2000, a która tak jak grunge 10 lat wcześniej ustawiła resztę dekady. Do głosu doszło nowe pokolenie i nowy typ gwiazd rocka – The White Stripes, Interpol, Franz Ferdinand, Black Rebel Motorcycle Club, Kings of Leon, The Music, The Libertines i wielu innych. Debiut The Strokes był jednak tym czymś, na co czekali wszyscy ci, którzy mieli już po dziurki w nosie niepodzielnie rządzącej wówczas elektroniki, zarówno klubowej, jak i ‘nowych brzmień’.

Powrót gitar do radia, telewizji i każdego baru na mieście był powiewem świeżości, który przerósł samych zainteresowanych. Od tamtej pory ścigają oni swój debiut – lub raczej efekt jaki osiągnął – ale bez skutku. Fani momentalnie zaprzeczą, że wcale tak nie jest, a późniejsze albumy są świetne, niedocenione i mniej zajechane niż „Is This It?”; i będą mieć rację. To samo dotyczy wszystkich zespołów, które ‘skończyły’ się na debiucie – i nie mam na myśli Metalliki – tylko The Stone Roses, Royal Blood, Greta Van Fleet. Innymi słowy, The Strokes wciąż czekają na swój „Kid A” (Radiohead) albo „AM” (Arctic Monkeys), czyli album, który ich zdefiniuje od nowa.

„Reality Awaits” ma wszelkie cechy takiego albumu. Brzmi ciekawie, nowocześnie, odważnie, a także jest anty-The Strokes – bez zgranego do bólu klimatu imprezy przy dźwiękach ‘rockowej stacji radiowej’. Tu nie ma numerów w stylu „Last Nite”; jest za to większa gra nastrojem, równowagą, słowem, oraz nowoczesnymi środkami wyrazu. Nie boję się elektroniki w świecie rocka – nigdy nie był to dla mnie problem nie do przejścia, jak dla wielu ortodoksyjnych słuchaczy. Lubię, gdy zespoły próbują być Radiohead i grać „Kid A”. Ale autotune nie jest środkiem wyrazu, tylko takim samym oszustwem jak wypełniacz ust czy implanty pośladków.

To, że Casablancas śmiało wykorzystuje bardziej popowe, elektroniczne narzędzia to także nic nowego – wystarczy przypomnieć sobie jego gościnny udział na znakomitej płycie Daft Punk, lub bardziej nowofalowe doświadczenia projektu The Voidz. Ale autotune to nie to samo co wokoder – tak jak kwas hialuronowy to nie to samo, co szminka. I nawet jeśli jest on wykorzystany w celach ironicznych, aby dopełnić nowoczesny sznyt brzmieniowy całości płyty, jest on niesłuchalny i sprawia, że album brzmi zgnile. Nie mówimy tu o jednym numerze, któremu można zrobić ‘skip’ – tylko o większości kawałków, na czele z „Going Shopping”.

Wielka szkoda, albowiem „Reality Awaits” słucha się dobrze, w czym niewątpliwa zasługa Ricka Rubina; ta płyta wciąga i intryguje, brzmi dojrzale i nowatorsko (patrz „Lonely in the Future” czy „Tyrants of the Mellow Moon”). Po prostu twórcy przeszarżowali i wyszedł im zupełnie niestrawny zakalec, którego nie będę już nigdy więcej próbować. Jak głosi autoironiczny cytat 3 sezonu serialu „Obserwowani”: Czasami, aby wiedzieć gdzie leży granica, trzeba ją przekroczyć.