Thy Worshiper - Demony Wschodu

RecenzjaMaciej MajewskiThy WorshiperPirnaha Music2026
Thy Worshiper - Demony Wschodu

Thy Worshiper 10 lat po wydaniu płyty “Klechdy” wrócili z nową płytą “Demony Wschodu”, naznaczoną wyjątkowo bieżącym przekazem.

Nowa wytwórnia i nowe otwarcie, bowiem “Demony Wschodu” są pierwszą częścią trylogii, którą zespół ma w zanadrzu. Niby dostajemy folkowo-pogański black metal, do którego zespół nas już przyzwyczaił, ale podany jest on bardzo bezpośrednio, wręcz… punkowo.

Już otwierający płytę “Idź precz!!!” jawi się bardzo dosadnie. Ozdobiony jest plemienno-folkowymi punktami oraz wokalami Elizy Ratusznik znanej z Narbo Dacal. A mają one różne oblicza np. dodają szamańskiej aury w konfrontacyjnym “Od Edenu na wschód”, czy pewnej upiorności w raczej przeklętym “Złem wieje ze wschodu”. Odrobinę oddechu (muzycznie) przynosi natomiast “Takie miejsce na ziemi”, jednak tekstowo każdym kolejnym wersem dosadnie definiuje… Polskę. Są też skłaniające do refleksji “Dzieci Czarnobyla” (choć intensywne dźwiękowo), które odnoszą się już do historii najnowszej. Z kolei nasycona i marszowa “Syberiada” dotyka kwestii wojny i to tej najbliższej, bo toczącej sie tuż przy naszych granicach. Zaś skradający się “Strach” ma wymiar pewnego interludium i stanowi ciszę przed zdominowaną koszmarem “Godziną diabła”. Album zamyka natomiast esencjonalne “Jeszcze się spotkamy”, gdzie black metalowy cios przedziera z folkowej nadbudowy.

“Demony Wschodu” jawią się mocą i surowością, a jednocześnie uderzają pozbawionym ogródek przekazem i siłą wykonawczą. Szukając klucza do jej przełożenia na słowa, złapałem się na tym, że z każdym kolejnym przesłuchaniem, odczytuję ją z trochę z innej perspektywy. Polecam zwłaszcza tym, którym folk metal zgrzyta wykonawczo. Teraz już nie powinien.