BNDK

Duet BNDK tworzą: gitarzysta Jan Benedek oraz jego syn Gabor. Panowie nagrali świetny debiutancki album "Vintage", na którym połączyli takie gatunki jak: rock, funk, soul, gospel. Na płycie słychać echa twórczości takich artystów jak: The Rolling Stones, Primal Scream czy The Who. O kulisach powstania "Vintage" i rodzinnej współpracy muzycznej porozmawialiśmy z Janem Benedkiem.
GS: W jakich okolicznościach doszło do powstania BNDK?
JB: W 2024 roku postanowiłem działać solo równolegle z moim ówczesnym głównym zespołem. Gabor napisał wtedy tekst do jednej z moich piosenek. Zastanawiałem się, jak dalej to ciągnąć, a on powiedział: „Słuchaj, zróbmy to razem”, co mnie najpierw trochę zdziwiło, ale potem pomyślałem, że to ciekawa opcja. Zastanowiłem się tylko: jak mamy to robić razem? Dosyć szybko się okazało, że on tworzy teksty, gra na basie, gitarze i śpiewa. Po dwóch singlach spróbowaliśmy zrobić piosenkę razem z Gaborem i on ją zaśpiewał. Co więcej, utwór chwycił dosyć mocno. Jeśli chodzi o cyfrę, miał najlepszy wynik ze wszystkich naszych dotychczasowych piosenek. Wszedł też na Turbo Top Antyradia, co w tym momencie jest jakimś tam wyznacznikiem tego, czy zespołowi rockowemu się wiedzie, czy nie. A więc jest nowa nazwa i wskakujemy na Turbo Top z wokalem Gabora. Postanowiliśmy to kontynuować.
GS: A kiedy padł pomysł, żeby nagrać płytę „Vintage”? Mieliście już jakąś pulę utworów, czy dopiero zaczęliście je tworzyć z myślą o albumie?
JB: To było tak, że pierwsze nasze utwory to był okres poszukiwań i współpracy producenckiej z Pawłem Krawczykiem. Zrobiliśmy z nim dwa numery, cover „Warszawy” z Rafałem Malickim oraz Jarkiem Polakiem, i postanowiliśmy zamknąć ten etap EP-ką. Mieliśmy już w głowie myśl, że trzeba będzie zrobić album i że nie można robić tylko takich strzałów na wiwat w postaci pojedynczych numerów.
GS: Niemal wszyscy tak teraz robią…
JB: Tak, bez konkretnego planu. A plan musi być taki, że jest płyta. Gabor zanurkował w moim komputerze, w którym sam szukam różnych pomysłów z dawnych lat. Wyszukiwał różne dźwięki w różnych fazach rozwoju i wybrał na początek kilka numerów, m.in. „Będzie dobrze” i „Czarny płaszcz”. Ja byłem trochę sceptyczny i powiedziałem mu: „Wiesz co? To jest straszny vintage”. A on odparł: „Tak. Bardzo dobrze. Dużo gitar. Dużo gitar, Janek, nie bój się gitar”. No i tak powoli doszliśmy do tego momentu, że wybraliśmy trzy lub cztery utwory, a resztę skomponowałem w zeszłym roku. Rzutem na taśmę skończyliśmy jeszcze numer wybrany z moich archiwów, czyli „Glamston”, co mnie ucieszyło, bo ta kompozycja to właściwie nasz znak firmowy. To rockandrollowe wyznanie wiary. Wiemy, że rock’n’roll nie jest w modzie, ale są ludzie, którzy go czują, po prostu noszą go w sobie. Zresztą nie musisz też być muzykiem, żeby czuć rock’n’rolla. To są ludzie, którzy mają specyficzne poczucie humoru, luz, wyczucie, bezpośredniość, bezpretensjonalność. To wszystko jest język rock’n’rolla. I to jest nasz przekaz, z tym się identyfikujemy. Nie wchodzimy w żadne sytuacje typu trendy, mody, ponieważ jest to już męczące. Jest to walka właściwie skazana na niepowodzenie, bo nigdy nie uda się doskoczyć do tej czołówki, która jest promowana przez duże wytwórnie. Chyba że grasz 10 czy 15 lat i przez ten cały okres udało ci się zdobyć popularność. Także stawiamy po prostu na odrębność i wiarę w to, co robimy. GS: Czy te utwory, które Gabor wydobył z twoich archiwów, miały teksty, czy też nie? JB: Teksty dopiero do nich powstały. To były muzyczne szkice, które gdzieniegdzie miały kawałek tekstu. Nie stawiamy w kwestii tekstów na jakąś megaoryginalność. Uważam, że w rock’n’rollu tekst jest drugorzędny czy równorzędny z muzyką. Oczywiście to nie mogą być banały i pierdoły, tylko tekst musi być po prostu bezpretensjonalny. On musi trafiać do słuchacza, musi być cool, bez wysilonych metafor itp. Nie mamy żadnych wygórowanych wyobrażeń na temat swoich tekstów. Moim zdaniem dużo jest takiego bicia piany i robienia filozofii wokół tekstów jako przekazu artystycznego, bo właśnie nie ma się normalnego przekazu. Wtedy się opowiada na przykład o wstydzie. Tak zrobił ostatnio jeden z moich „faworytów” (śmiech). Oczywiście ludzie mają różną wrażliwość, ale ja szukam w muzyce energii, pozytywnego kopa, mrugnięcia okiem, uśmiechu.
GS: Ale odnoszę wrażenie, że teksty na „Vintage” mają jednak przekaz i nie są o niczym. Jako przykład podam „Pościg” i „Czarny płaszcz”.
JB: Gabor jest teraz w okresie buntu i patrzy na świat trochę w taki buntowniczy sposób. Może nie patrzy na świat przez czarno-białą optykę, ale taka postawa jest chyba u części młodych ludzi fajną rzeczą: oni po prostu widzą pewne rzeczy takimi, jakie są. On nie chce wchodzić w wyścig szczurów. No, to są tego typu dylematy, które w sumie miał niemal każdy myślący młody człowiek. Tak było i będzie.
GS: W tym układzie ty i twój syn, ty jesteś muzykiem bardziej doświadczonym. Ale czy było też tak, że w czasie tych sesji nagraniowych czy podczas pracy nad tą płytą ty nauczyłeś się czegoś od niego?
JB: Doświadczenie jest dobrą rzeczą, ale jeszcze lepsze jest spojrzenie na ciebie z boku przez kogoś młodszego, kto widzi, że król jest nagi. Ciągle słyszałem: „Tato, tej solówki w ogóle nie słychać!” albo „Co tak mało gitar?”. I muszę ci powiedzieć, że to były cenne uwagi z jego strony, bo dzięki temu wyostrzyłem pewne rzeczy. Ja mam skłonność ku temu, żeby to wszystko jednak zbalansować, żeby to było dobrze słychać. I czasami jest tak, że trzeba z czymś przegiąć, żeby było naprawdę dobrze. Mówię o warstwach muzycznych. Także on miał duży wkład w brzmienie, ale przede wszystkim największy wpływ Gabor miał na kierunek stylistyczny, który w zasadzie jest jego autorstwa. Bo ja myślałem, że pójdziemy gdzieś tam w stronę brzmienia, które słychać w piosence „3:30”. Taki mix brzmienia nowoczesnego ze starym, na przykład coś w stylu Kasabian w latach świetności.
GS: Wspomniałeś o „3:30”. Czemu ta kompozycja nie trafiła na płytę?
JB: Właśnie dlatego, że była w innym stylu i nie pasowała do tego vintage z lat 70. Ja sobie wyobraziłem, że ta płyta to będzie bardziej jakieś Aerosmith, Stonesi, garage rock, wszystko zmieszane z soulem, funkiem czy The Who grające rock operę.
GS: Tu nawiązujesz zapewne do ostatniego utworu na płycie?
JB: Tak jest. Jestem z niego bardzo dumny, bo w zasadzie on nie miał prawa się ukazać nigdzie, pod żadnym szyldem w tym kraju — poza BNDK (śmiech). Kończy on także nasze koncerty w fantastyczny, oldschoolowy sposób.
GS: Z kolei wpływem twojego syna były chyba klimaty w stylu Primal Scream słyszalne na „Vintage”.
JB: Zgadza się. Zresztą Primal Scream, tak samo jak my, nawiązało do rocka z lat 60. czy 70. I widzisz, Primal Scream to najlepszy dowód na to, jak łączą się pokolenia i dlaczego tak dobrze się rozumiem z Gaborem. Primal Scream grające „Rocks” albo „Movin’ On” wyraźnie nawiązuje do Stonesów. Zresztą ja też słucham Primal Scream, tylko dla mnie to już było, a dla Gabora to było odkrycie. Ale tak naprawdę to nie jest kopiowanie, tylko przekazywanie tej muzyki kolejnym generacjom. I to jest świetne.
GS: A czy z tych sesji nagraniowych macie jakieś gotowe numery, które nie ukazały się na płycie? Poza „3:30”…
JB: Dwóch numerów nie umieściliśmy na albumie, bo nie przeszły naszego sita jakości. Ale próbowaliśmy nawet zrobić taki numer trochę jak Elton John, którego obydwaj bardzo lubimy. Elton John z lat 70. to jest zajebisty rock’n’roll. Zajebiste numery, ale te jego występy live! To jest niesamowite, jak dobrze ten jego zespół grał rockowo, ile dawał czadu. Ale ta piosenka nie była jednak tak dobra, a my bardzo patrzyliśmy na jakość. Wsadzenie dwóch trochę słabszych numerów osłabiłoby jednak wymowę tej płyty. Ona jest teraz trochę surowsza, ale i tak są takie numery jak na przykład „California”, która jest odjazdem w stronę surf rocka.
GS: Może za wcześnie o tym mówić, ale czy planujecie kolejny album, czy może „Vintage” jest jednorazowym projektem?
JB: Ta płyta nie może być jednorazowym projektem. Stworzyliśmy zespół, włożyliśmy mnóstwo wysiłku, żeby dojść do tego momentu, do wydania płyty. Już nie mówiąc o kosztach. To wszystko sami finansujemy. Przecież mamy tylko umowę dystrybucyjną. Więc nie możemy tego tak zostawić, bo to by było zmarnowanie całego wysiłku. Musimy robić dalej i chcemy robić dalej. No chyba że nam coś do łba strzeli i obrazimy się na to wszystko. Jak sam dobrze wiesz, nie jest to łatwy biznes i walczymy o swoje, musimy się przepychać. Są stacje radiowe, które nas zauważyły, ale są stacje, które udają, że nas nie znają. Także taka jest rzeczywistość. Nie będziemy się na nią obrażać, a może się obrazimy? Zobaczymy.




