Bôa

Brytyjski zespół Bôa to jeden z tych przypadków, kiedy popularność na Tik-Toku sprawiła, że zespół powrócił do czynnej działalności po latach niebytu. Wydana dwa lata temu płyta „Whiplash” pokazuje, że jest zapotrzebowanie na ich twórczość, a już 23 kwietnia grupa zagra w warszawskim klubie Progresja oraz 24 kwietnia w poznańskiej Tamie. Wokalistka Jasmine Rodgers, która jest jedynym stałym członkiem koncertującym z Bôa, opowiedziała mi o początkach grupy, jej zawiłych losach oraz o tym, czy jest fanką macierzystego zespołu swojego ojca – Free.
MM: Zanim dołączyłaś do Bôa, w zespole grali perkusista Ed Herten, klawiszowiec Paul Turrell oraz Twój brat Steve Rodgers, który w tamtym czasie był jego gitarzystą. Grali wówczas… funk. Jak zatem doszło do tego, że grupa zaczęła grać rocka?
JR: Rzeczywiście zespół założył Ed razem z moim bratem. Potem doszli jeszcze basista Alex Caird, Ben Henderson, który grał na gitarze i saksofonie oraz wspomniany Paul. Nie mieli w tym czasie wokalisty, a ja cały czas śpiewałam piętro niżej (śmiech). Faktycznie obracali się w klimatach jazz-funkowych, które były popularne w tamtym czasie.
MM: Jamiroquai, The Brand New Heavies…
JR: Oczywiście! A ja słuchałam dużo muzyki folkowej, Led Zeppelin i rzeczy tego typu. Natomiast wszystkim nam podobały się grupy takie Gong, czy Jane's Addiction. Kiedy robiliśmy przerwę od pisania naszych piosenek, zawsze graliśmy jakieś covery np. AC/DC. I naturalnie zaczęliśmy patrzeć w kierunku takich stylistyk. Później Ed zdecydował się pójść na studia na uniwersytecie, a na jego miejsce przyszedł Lee Sullivan. On ma zdecydowanie bardziej rockowy background. Zaczęliśmy więc pisać bardziej rockowe utwory.
MM: Wasz pierwszy album „The Race Of A Thousand Camels” ukazał się dopiero w 1998 roku.
JR: Tak, przez ten okres przede wszystkim graliśmy, pisaliśmy muzykę, zaczęliśmy poszerzać grono naszych słuchaczy, co nie było proste, bo koncerty graliśmy tylko w weekendy. Po prostu graliśmy, graliśmy i jeszcze raz graliśmy muzykę. Lee doszedł do nas po dwóch czy trzech latach takiego stanu rzeczy. Zaczęliśmy wówczas grać trochę bardziej rockowo. Przez wiele lat to ja byłam główną wokalistką zespołu, a z czasem Steve stwierdził, że też chce śpiewać. I na “The Race Of A Thousand Camels” już śpiewaliśmy oboje. A wiele lat później stwierdził, że chce tworzyć muzykę solo, w czym miał nasze pełne wsparcie i dlatego odszedł z zespołu.
MM: Od wydania “The Race Of A Thousand Camels” aż do waszej ostatniej płyty „Whiplash” sprzed dwóch lat, pojawiała się jedynie płyta „Get There” oraz wydawnictwo „The Farm”. Z czego wynikały te przerwy wydawnicze?
JR: „The Farm” to tak naprawdę demo, które zostało nagrane przed tym, jak robiliśmy album „The Race Of A Thousand Camels”, a więc przed wszystkim. Dlatego nigdy nie chcieliśmy wypuszczać, ponieważ to było demo. Byliśmy bardzo zdecydowani wobec tego, co chcemy wydawać. A potem „The Race Of A Thousand Camels” wyszedł w Japonii ze zmienioną zawartością, bo dodaliśmy do tamtego wydania inne piosenki, choć pierwotnie mieliśmy wydać to na rynek amerykański. Japońska wytwórnia jednak się na to nie zgodziła, co było dla nas frustrujące, jako brytyjskiego zespołu. „Get There” wydaliśmy już samodzielnie w 2005 r. A później… Byłam w tym zespole od piętnastego roku życia, więc chciałam zająć się czymś innym, iść na studia itd. Pozostali założyli rodziny, urodziły im się dzieci. Ostatecznie w zespole została nas trójka: Lee, Alex i ja. Po drodze zaczęłam tworzyć swoje solowe rzeczy i zrobiłam specjalizację z zoologii.
MM: 2 lata temu wydaliście wspomniany album „Whiplash”. Wydaje mi się, że stało się to na fali popularności waszej muzyki na Tik-Toku. Coś podobnego dotknęło też na przykład Deftones. Jak powstał ten materiał?
JR: Zebraliśmy się na nowo w 2023 roku i zaczęliśmy we trójkę pisać nowe rzeczy. Spotykaliśmy się co tydzień i okazało się, że Alex ma sporo pomysłów gitarowych, a ja także ich trochę miałam. Dużo jammowaliśmy razem i z tego wyłoniły się nowe piosenki. Zupełnie się tego nie spodziewaliśmy. Postanowiliśmy pójść za ciosem i je wydać. Myślisz, że różnią się od naszych wcześniejszych nagrań?
MM: Są bardzo chwytliwe. Słuchałem tej płyty przez kilka godzin i wydaje mi się, że każdy utwór na niej zawarty może być singlem. Mam wrażenie, że to takie wasze ‘greatest hits’.
JR: (śmiech) Ciekawe jest to co mówisz, bo nawet jej tytuł wziął się z odczucia, jakie mieliśmy, kiedy wrócił do nas feedback z Tik-Toka. Mieliśmy zupełnie inne zajęcia i prowadziliśmy inne życie. I nagle puff - jesteśmy w tym nowym miejscu i próbujemy nawigować media społecznościowe w sposób, w jaki nie musieliśmy tego wcześniej robić. Dla mnie było to trochę tak, jakbym spotkała młodszą mnie i ona pytała, co zrobiłaś przez te ostatnie dwadzieścia kilka lat (śmiech). Zaczęliśmy się mierzyć nie tyle z presją, co ze zmianą okoliczności. Z tego wziął się „Whiplash”.
MM: W pewnym momencie założyliście swoją własną wytwórnię.
JR: Tak, to dało nam siłę, by skupić się tylko na muzyce. Dzięki temu mogliśmy wznowić „The Race Of A Thousand Camels” (pod tytułem „Twilight” – przyp. MM), która jest dostępna fizycznie.
MM: Wydaje się zatem, że Bôa dostała drugie życie?
JR: Myślę, że czasami główną rzeczą, na którą trzeba uważać, jest to, że muzyka jest czymś, co daje bezpieczeństwo i leczy. Gdy jej słuchamy, czy ją tworzymy, wtedy jesteśmy najbardziej szczęśliwi. Oczywiście jest też komercyjny aspekt, bo chcesz być w stanie żyć, robiąc to, co kochasz. Ale podstawową rzeczą jest to, że byliśmy w stanie się tego podjąć. W zeszłym roku mnóstwo czasu spędziliśmy w trasie koncertując. Byliśmy w Ameryce, w Australii. I myślę, że jedną z najfajniejszych rzeczy była możliwość wyrażenia się przed publicznością i spotkanie z nią.
MM: Szykujecie już jakieś nowe nagrania?
JR: Piszę nowe piosenki, ale szczerze mówiąc - nie wiem jeszcze, czy będą dla Bôa, czy zachowam je na solową płytę. Choć kto wie… Żartujemy z Alexem, że kolejna płyta może nam zająć kolejne 27 lat (śmiech). Zresztą nie mam aż tak wiele czasu na pisanie, bo w sierpniu moja mama zachorowała i miesiąc później zmarła. Więc pomiędzy tym wszystkim, staram się znaleźć przestrzeń, by się pozbierać…
MM: Przykro mi to słyszeć… Wspomniałaś o mamie, a ja na koniec chciałem Cię zapytać o tatę – Paula Rodgersa.
JR: Tata ma się świetnie. Jest na Instagramie, więc możesz go śledzić. Rzuca tam typowymi ojcowskimi żartami (śmiech). Ale występuje też w miarę możliwości. Też przechodzi swoje w związku z odejściem mojej mamy...
MM: Jesteś fanką Free?
JR: Oczywiście! Od zawsze! Kiedy tata wyjeżdżał w trasę koncertową, słuchałam Free, żeby czuć jego bliskość.
MM: Czego zatem możemy spodziewać się na koncertach, które zagracie w Warszawie i Poznaniu.
JR: Mamy set oparty o materiał z wszystkich trzech płyt. Wiem, że publiczność chce usłyszeć bardzo różne piosenki z naszego repertuaru, więc na tym opieramy programy naszych koncertów. Będzie bardzo fajnie. Wpadnij!
Bôa
Warszawa, Progresja, 23.04.2026
Poznań, Tama, 24.04.2026
Bilety: https://winiarybookings.pl/wydarzenie/boa-w1n1ary-warszawa-kwiecien-2026-2
