De Łindows

WywiadZuzia HorowskaDe Łindows
De Łindows

De Łindows to zespół pochodzący z Katowic, od ponad dwóch dekad dostarczają swoim fanom solidną dawkę punk rocka. Nie boją się eksperymentować ze swoją muzyką, a niezależność cenią sobie najbardziej. W rozmowie zaprosili za kulisy powstawania ich najnowszej, ósmej płyty studyjnej „Tylko spokojnie”. Prowokacyjny styl, ukryte przesłania i nieszablonowość to tylko kilka cech tego albumu. Cała rozmowa z Marcinem Jagodzińskim – wokalistą De Łindows skrywa o wiele więcej niespodzianek.

ZH: Na najnowszej płycie zespołu De Łindows zdecydowaliście się na dość nowy dla was eksperyment. Nagraliście utwór z udziałem kwintetu smyczkowego. Co dało tej płycie to połączenie według was? Czy będziecie chcieli nadal w taki sposób urozmaicać swoje utwory lub może nawet aranżacje koncertowe?

MJ: Tak, mówisz o utworze „Za czterema ścianami”. Kiedy siedzieliśmy w studiu Radioaktywni u Adama Celińskiego, który odpowiadał za nagranie naszej najnowszej płyty, zaczęliśmy grać ten numer. Zresztą Adaś realizował również nasze wcześniejsze albumy, takie jak „Pożar w burdelu”, „Awaria systemu”, czy „Mamy tylko siebie”. W pewnym momencie Adam powiedział: „Słuchajcie, jak wy to gracie, to mi tutaj w głowie śmigają smyczki. A może nawet cały kwintet smyczkowy? Co wy na to?”. My na to: „Kurde, może to być naprawdę ciekawe połączenie!”. Tylko od razu pojawiło się pytanie: jak to zrobić? Od początku wiedzieliśmy jedno – żadnych syntezatorów, żadnych sztucznych klawiszy, żadnego udawania instrumentów. Albo robimy to na pełnej, albo nie robimy wcale. Wtedy Adaś powiedział: „Dobra, słuchajcie, ja wam to zaaranżuję i załatwię kwintet smyczkowy”. No i super! Kwintet to pięć osób, jakby powiedział Jan Paweł z serialu "1670", a punkowcy przecież potrafią liczyć do pięciu!

No i rzeczywiście, Adam zorganizował nam muzyków, którzy przyjechali do studia i nagrali wszystko na żywo. Tak więc w tym utworze słyszycie prawdziwe, żywe smyczki, a nie jakieś komputerowe imitacje. Kiedy usłyszeliśmy efekt, stwierdziliśmy: „Kurde, fajnie to wyszło!”. I tak już zostało. Zresztą my lubimy czasami eksperymentować z instrumentami. Na naszych wcześniejszych płytach pojawiały się już instrumenty dęte, a na najnowszej, żeby było jeszcze śmieszniej, można usłyszeć nawet akordeon! Co prawda w dosyć specyficznym momencie i przez krótką chwilę, ale jednak. No bo wiecie… to w końcu akordeon! Wracając do smyczków, uważam, że wyszło z tego naprawdę świetne, bardzo klimatyczne połączenie. Wszystko idealnie zgrało się z tekstem, muzyką i atmosferą utworu. Smyczki nadały mu dodatkowej głębi i emocji, ale jednocześnie nie odebrały mu naszego charakteru.

Czy będziemy dalej eksperymentować? Myślę, że niczego nie można wykluczyć. Jeżeli jakiś instrument będzie pasował do utworu i wniesie do niego coś ciekawego, to dlaczego nie? Nie chcemy jednak robić takich rzeczy na siłę, tylko po to, żeby było inaczej. My jesteśmy z tego numeru naprawdę mega zadowoleni.

ZH: albumie „Tylko spokojnie” stawiacie fanom dużo pytań retorycznych. Czy Bóg jest na urlopie? Czy leci z nami pilot? Albo czy czasem trzeba sypiać z wrogiem? Taki zabieg ma tylko rozbawić słuchaczy, pobudzić ich wyobraźnię i kreatywność, czy może mieliście w tym jeszcze jakiś inny cel?

MJ: To są przede wszystkim pytania prowokacyjne. Bo czy Bóg jest na urlopie? Jak patrzę na historię tego naszego całego łez padołu, to mam wrażenie, że Bóg – zresztą niezależnie od tego, jak go nazwiemy, czy będzie to Bóg, Allah, Jahwe czy ktokolwiek inny – generalnie siedzi sobie na urlopie i chyba niespecjalnie interesuje go to, co się tutaj dzieje i co się tutaj wyrabia. Historia świata to przecież historia nieustannych walk, zabijania się o religię, o kasę, o władzę i właściwie o wszystko, o co tylko można. Więc jest w tym prowokacja. „Wyluzuj, chłopie, Bóg jest na urlopie!”.

Podobnie jest z pytaniami: „Czy leci z nami pilot?” albo „Czy trzeba sypiać z wrogiem?”. My generalnie bardzo serio traktujemy naszych fanów i bardzo serio zadajemy im te pytania. Czasami są one prześmiewcze, czasami humorystyczne, a czasami wręcz prowokacyjne. Ale właśnie w ten sposób komunikujemy się ze słuchaczami i opisujemy rzeczywistość, która nas otacza. Niestety, nie zawsze jest to rzeczywistość szczególnie optymistyczna. Dlatego takie pytania były, są i będą pojawiać się w naszych tekstach. Uważam, że to świetna forma rozmowy ze słuchaczem, pobudzania jego wyobraźni, kreatywności i zachęcania do trochę innego spojrzenia na świat. Bo czasami lepiej jest zadać pytanie i wspólnie poszukać na nie odpowiedzi, niż od razu stawiać gotową tezę.

ZH: Od wydania waszego ostatniego albumu minęły cztery lata. Czy nowa płyta jest dla was kontynuacją „Pożaru w burdelu”, czy może tym razem chcieliście przekazać coś zupełnie innego?

MJ: Płyta „Tylko spokojnie” jest zdecydowanie płytą w stylu De Łindows, do którego trochę już przyzwyczailiśmy naszych słuchaczy. Ale wiadomo, że chcieliśmy też zrobić coś nowego. Więc można powiedzieć, że jest to jednocześnie kontynuacja i kreacja A co nam przyświecało? Przede wszystkim my wydajemy płyty wtedy, kiedy czujemy, że mamy coś do powiedzenia i że przyszedł czas, żeby taką płytę nagrać. Na szczęście nie mamy nad sobą żadnych panów z wąsem, kontraktów z wytwórniami, które nakazują nam wydać siedem płyt w trzy lata, bo inaczej będziemy płacić kary albo ktoś rozwiąże z nami umowę. My nagrywamy i wydajemy płyty wtedy, kiedy sami tego chcemy.

A myślę, że sytuacja wygląda tak, że kiedy w 2022 roku wszystko pierdyknęło, nagraliśmy „Pożar w burdelu”. Minęły cztery lata i sytuacja na świecie wcale się nie uspokoiła. Wręcz przeciwnie, wszystko się rozwija i robi się, mówiąc w dużym cudzysłowie, coraz „ciekawiej”. Dlatego nagraliśmy „Tylko spokojnie”. I tutaj bardzo ważna rzecz! „Tylko spokojnie” to tak naprawdę tylko część tytułu tej płyty. Jego pozostała część jest ukryta na albumie, a także w jednym z singli. Więc słuchacze mogą sobie bardzo łatwo odszukać, jak brzmi pełny tytuł. Chociaż uprzedzam, że nie bardzo nadaje się on do publicznego powtarzania!

ZH: Tytuł „Tylko spokojnie...” brzmi jak coś, co tysiące ludzi na świecie chciałoby teraz usłyszeć. Czy w ten sposób chcieliście wpłynąć kojąco na fanów i słuchaczy, biorąc pod uwagę wiele dziwnych rzeczy, które dzieją się wokół nas?

MJ: Widzisz, to jest właśnie rozwinięcie tego, o czym mówiłem wcześniej. My wcale nie widzimy tego wszystkiego tak kolorowo. No bo co? „Tylko spokojnie”, niech sobie latają rakiety, drony, niech się wszyscy tłuką, niech zamieniają świat w jeden wielki interes i robią wszystko dla kasy? Spoko, nic się nie dzieje? No właśnie nie! Tytuł tej płyty jest celowo prowokacyjny. Chcemy trochę zmusić ludzi do zastanowienia się, czy naprawdę chcemy brać udział w tym całym cyrku. Zresztą mamy na płycie taki utwór „Jaki cyrk”, który też trochę się tym tematem bawi. Bo żyjemy w jakimś wielkim cyrku, na który nikt z nas nie kupował biletów. Klaunów jest coraz więcej, przedstawienie trwa w najlepsze, tylko że my się przecież na ten spektakl w ogóle nie zapisywaliśmy! Dlatego „Tylko spokojnie” wcale nie jest takim uspokajającym hasłem, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Jest w nim sporo ironii, przekory i prowokacji.

ZH: Czy podczas pracy nad „Tylko spokojnie” pojawił się moment, w którym musieliście zdecydować, czy dany utwór powinien być bardziej bezkompromisowy, czy bardziej melodyjny? Jak rozstrzygacie takie muzyczne dylematy?

MJ: My takie rzeczy rozstrzygamy właściwie dużo wcześniej, jeszcze zanim w ogóle pojedziemy do studia. Kiedy tam wchodzimy, mamy już praktycznie gotowe numery. Są przegrane, przemyślane, wielokrotnie ograne na salce prób, często też wcześniej nagrane w roboczych wersjach. Więc generalnie wiemy, co chcemy nagrać i jak to ma brzmieć. Na szczęście mamy pełną swobodę artystyczną. Bardzo ładnie to brzmi, prawda?. A mówiąc po naszemu – po prostu nagrywamy to, co chcemy! Jeżeli czujemy potrzebę wypowiedzenia się na jakiś ważny społecznie temat, to nagrywamy utwór „Piekło kobiet”. A jeżeli mamy ochotę trochę pożartować, pobawić się konwencją i puścić oko do słuchacza, to nagrywamy sobie „Celebrytę”. I tylko my o tym decydujemy. Nie prowadzimy jakichś wielkich dyskusji, czy coś jest za ostre, za bardzo przegięte, czy może powinniśmy trochę złagodzić przekaz. Jeżeli czujemy, że właśnie tak chcemy coś powiedzieć i zagrać, to po prostu tak robimy. I to jest chyba w tym wszystkim najfajniejsze.

ZH: Album ukazuje się na klasycznych formatach, ale obok CD i kasety przygotowaliście też winyl w kolorze różowym. Skąd pomysł na taki odcień w zespole punkrockowym?

MJ: Bardzo proste! Jak zwykle z naszej przekory! Bo kto powiedział, że w punk rocku wszystko musi być czarne, ponure i śmiertelnie poważne? Dlatego przygotowaliśmy winyle w dwóch kolorach. Pierwszy jest klasyczny, czarny. Doskonale wiemy, że dla wielu kolekcjonerów i miłośników winyli czarna płyta to absolutna podstawa. Są nawet tacy, którzy w ogóle nie uznają innych kolorów. No i bardzo dobrze, dla nich mamy klasykę. Ale potem zaczęliśmy się zastanawiać, jaki kolor byłby najbardziej nieoczywisty dla punkrockowej płyty. No i stwierdziliśmy, że musi być różowy! Wszyscy uznaliśmy, że to świetny pomysł. I powiem ci, że efekt naprawdę robi wrażenie. Ta płyta w różowym wydaniu wygląda po prostu przepięknie. Jesteśmy z niej mega zadowoleni. A poza tym pamiętaj – prawdziwy punk różu się nie boi!

ZH: W punk rocku komentarz społeczny bywa bardzo bezpośredni. Czy macie poczucie, że dzisiaj trzeba mówić jeszcze bardziej dosadnie, żeby przebić się przez nadmiar informacji, czy może subtelna ironia jest skuteczniejsza niż kolejny manifest?

MJ: Powiem ci, że ja chyba coraz bardziej skłaniam się ku subtelnej ironii, satyrze i takiemu sposobowi pisania, który zmusza słuchacza do myślenia. Dobrym przykładem jest nasz utwór „Janusz ONR-u”. Nie śpiewamy tam wprost, co myślimy o określonych poglądach. Zamiast tego opowiadamy historię Janusza, który chodził na zebrania ONR-u i przez całe życie skręcał tylko w prawo. No i tak skręcał, skręcał, aż w końcu przejechał go Fiat Bravo! (śmiech). I właśnie o to chodzi! Uważam, że ironia i satyra potrafią mieć dużo większą siłę rażenia niż najbardziej dosadny manifest. Czasami jednym żartem można powiedzieć znacznie więcej niż całym potokiem przekleństw. Taki przekaz zostaje w głowie, zmusza do zastanowienia się, a przy okazji można się jeszcze pośmiać. Ale żeby było jasne – czasami przychodzi też taki moment, kiedy po prostu trzeba pokazać faka! Więc myślę, że jedno drugiego nie wyklucza. Wszystko zależy od sytuacji, emocji i tego, co akurat chcemy przekazać.

ZH: Za produkcję albumu ponownie odpowiada Adam Celiński. Co daje wam powrót do sprawdzonego producenta? Większą swobodę, bo nie musicie budować relacji od początku, czy może większą przestrzeń do szukania nowych rozwiązań, żeby nie powielać brzmienia poprzednich płyt?

MJ: Nagrywamy u Adama Celińskiego w studiu Radioaktywni przede wszystkim dlatego, że po prostu bardzo się lubimy i świetnie nam się razem pracuje. Znamy się już na tyle dobrze, że doskonale wiemy, czego od siebie oczekujemy. Ale jednocześnie każda kolejna płyta jest trochę inna, bo za każdym razem przychodzimy z nieco innym materiałem, innymi pomysłami i inną energią. Nam bardzo zależy na tym, żeby na płytach jak najlepiej oddać klimat naszych koncertów. Bo De Łindows zdecydowanie najlepiej czuje się właśnie na scenie. Kiedy możemy spotkać się z ludźmi, którzy przychodzą na koncert, bawią się razem z nami, śpiewają, skaczą – wtedy pojawia się ta największa energia. Dlatego nasze płyty nagrywamy na tak zwaną setkę. Czyli po prostu wszyscy gramy razem. Nie wygląda to tak, że najpierw ktoś nagrywa perkusję, później bas, potem jedną gitarę, drugą gitarę i tak dalej. My gramy razem, słyszymy się nawzajem, reagujemy na siebie i właśnie dzięki temu powstaje ta energia, którą znamy z koncertów.

Oczywiście nie da się w stu procentach przenieść atmosfery koncertowej do studia, ale staramy się zrobić wszystko, żeby było jej na nagraniach jak najwięcej. A Adam doskonale to rozumie i bardzo nam w tym pomaga. Jesteśmy naprawdę zadowoleni z tego, jak brzmią nasze płyty, dlatego do Adasia wracamy. I przy okazji bardzo Adasia polecamy!

ZH: Płytę zamyka utwór o karmazynowej narzeczonej, która symbolicznie zawsze idzie pod wiatr. Kim jest ta postać? Czy to metafora samej muzyki punkrockowej, czy może wspomnienie konkretnej relacji?

MJ: O, to ciekawe pytanie! Nie, nie jest to żadna konkretna osoba ani wspomnienie jakiejś relacji. To po prostu fikcyjna opowieść o tym, że czasami w życiu człowiek musi iść pod wiatr, stać twarzą w deszcz i mierzyć się z sytuacjami, które nie zawsze układają się po jego myśli. Bo przecież nie zawsze wszystko idzie tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Czasami trzeba się z czymś zmierzyć, czasami coś przetrwać, a czasami po prostu iść dalej, mimo że wieje prosto w twarz. I właśnie taka jest ta nasza karmazynowa narzeczona. To fikcyjna historia, która bardzo fajnie nam się muzycznie i tekstowo poskładała. I myślę, że każdy może sobie w niej odnaleźć coś własnego.

ZH: Na koniec jeszcze jedno pytanie. Co zespół z ponad dwudziestoletnim stażem ma jeszcze na swojej liście marzeń? Czego jeszcze nie zrobiliście, a bardzo chcielibyście zrobić?

MJ: Ooo, bardzo dużo! Powiem ci, że gdyby ta lista była już bardzo krótka, to pewnie dawno zawiesilibyśmy gitary i mikrofony na kołku i zajęli się szydełkowaniem albo układaniem puzzli! A tak zupełnie serio – jest jeszcze tyle rzeczy, które chcemy zrobić, tyle muzycznych marzeń, pomysłów i planów, że czasami trochę się boję, czy w ogóle starczy nam na to wszystko czasu. Ale najważniejsze jest to, że zespół cały czas żyje, rozwija się, tworzy nowe utwory, nagrywa kolejne płyty i idzie do przodu. Chcemy grać, chcemy docierać z naszą muzyką do jak największej liczby ludzi. I może to, co teraz powiem, zabrzmi trochę naiwnie, ale naprawdę mam nadzieję, że dzięki tej muzyce uda nam się chociaż odrobinę zmienić ten świat na lepsze. Chociaż minimalnie. Może dla jednej osoby, może dla dwóch, ale jednak. Bo tak naprawdę właśnie z takiej potrzeby powstał De Łindows. Zresztą napisałem kiedyś w jednym z naszych tekstów, że _“kiedyś każdy umiał grać na gitarze i za pomocą tej gitary chciał zmieniać cały świat”_I coś w tym jest! My właśnie dlatego zaczęliśmy grać. I dlatego gramy do dzisiaj. Ta trochę naiwna, może nawet dziecięca wiara w to, że muzyką można coś zmienić, ta przekora i potrzeba robienia czegoś po swojemu cały czas pchają nas do przodu. I mam nadzieję, że jeszcze długo będą nas pchały!

ZH: Bardzo dziękuję za interesującą rozmowę i tak szczegółową perspektywę! Czekam na kolejne sukcesy i jeszcze więcej inspirujących historii – tego Wam życzę!

MJ: Dzięki wielkie za zainteresowanie, dzięki za rozmowę i za wywiad!

Powiązane materiały