Diatom

WywiadEwelina Marek / foto: Filip MusiatowiczJakub Kolan
Diatom

Po czterech latach od wydania „Soli” Diatom wrócił z albumem „Low Light” — płytą chłodną, hipnotyczną i wymykającą się gatunkowym definicjom. W rozmowie z gitarzystą, Jakubem Kolanem, rozmawiamy o emocjonalnej apokalipsie ukrytej w dźwiękach, inspiracjach sięgających od Depeche Mode po muzykę klasyczną, a także o tym, dlaczego ich muzyka bardziej przypomina powolne pękanie lodowca niż klasyczny metalowy riff.

Ewelina Marek: Po czterech latach wracacie z płytą, która brzmi dojrzalej, chłodniej i chyba bardziej bezkompromisowo niż debiutancka „Sól”.

Jakub Kolan: Przede wszystkim od początku wiedzieliśmy, że nie chcemy nagrać takiej samej płyty jeszcze raz. Ja bardzo szybko nudzę się materiałem. Kiedy coś jest już skończone, zaczynam szukać kolejnych bodźców, czegoś nowego, co mnie ekscytuje. Nie oglądam się wtedy za siebie. Nawet jeśli „Sól” wciąż wydaje się świeżym materiałem, mieliśmy potrzebę pójścia gdzieś dalej i zrobienia czegoś innego. Co ciekawe, same metody pracy czy instrumentarium właściwie się nie zmieniły. Natomiast materiał z tej płyty był bardziej techniczny, szybszy i wymagający gitarowo. Już na próbach było to czuć. Grając na koncertach te starsze rzeczy, musiałem dużo bardziej pilnować samego grania, praktycznie nie było miejsca na swobodę czy naturalny ruch na scenie. Raczej stałem i kontrolowałem każdy dźwięk. Przy utworach z „Low Light” jest inaczej. Są wolniejsze, prostsze aranżacyjnie, mniej „gęste” gitarowo. Dzięki temu mogę bardziej skupić się na tym, jak gram, a nie tylko co gram. Ta muzyka po prostu płynie spokojniej. Nie trzeba gonić za dźwiękami, one same się pojawiają.

EM: Co miało największy wpływ na tę zmianę?

JK: Trudno mi też powiedzieć, co dokładnie wpłynęło na ostateczny kształt tej płyty. Chciałbym móc powiedzieć, że od początku mieliśmy wielką, precyzyjną koncepcję i konsekwentnie się jej trzymaliśmy, ale to nie do końca tak wyglądało. To był raczej naturalny proces. Nie przypadkowy, bo nad tym materiałem pracowaliśmy długo i bardzo intensywnie, ale też nie całkowicie zaplanowany. Oczywiście były kalkulacje: co zostawić, co wyrzucić, jak coś ma zabrzmieć. Jednak największa frajda w tym wszystkim polega na tym, że tworzymy muzykę, a dopiero na końcu okazuje się, czy wyszło coś dobrego, średniego czy może naprawdę wyjątkowego.

EM: Tym razem zdecydowaliście się jednak nagrać album po angielsku.

JK: Tak, ale pomysł nie wziął się z chęci podbicia świata czy Europy. Bardziej chodziło o to, że do tej muzyki lepiej pasował bardziej uniwersalny, nielokalny charakter. Ten anglojęzyczny sznyt po prostu wydawał nam się naturalny dla tego materiału. Mamy świadomość, że angielski nie jest naszym pierwszym językiem, więc zawsze mogą pojawić się jakieś pułapki. Ale jednocześnie wydaje mi się, że ten język daje większą swobodę w śpiewaniu. Michał Kulniew, nasz wokalista, chyba też po prostu lepiej się w nim odnajduje.

EM: Język angielski chyba trochę inaczej przenosi emocje zawarte w tej muzyce, jest mniej dosłowny. Kiedy porównuję utwory po polsku i po angielsku, wszystko odbiera się inaczej. U was chyba działa to podobnie, bo ten emocjonalny ładunek nadal jest ogromny.

JK: To jest trochę broń obosieczna. Z jednej strony tekst po angielsku dla osoby, która nie jest native speakerem sprawia, że bardziej skupiamy się na emocjach płynących z melodii głosu i warstwy instrumentalnej. Ale z drugiej strony, kiedy piszesz i słuchasz tekstów po angielsku jako Polak, część niuansów po prostu umyka.

EM: Jak zadziałał według Ciebie język polski w przekazie "Soli"?

JK: Muszę powiedzieć, że teksty z „Soli” mogły być bardziej kontrowersyjne albo bardziej wieloznaczne właśnie dlatego, że były napisane po polsku. Wydaje mi się, że ja i Michał Kulniew byliśmy wtedy w stanie przekazać pewne rzeczy precyzyjniej, dokładniej nazwać emocje czy znaczenia. Ale zgadzam się z tobą, że teksty, które rozumiemy bardzo dosłownie i które są mocno skonkretyzowane, mogą czasem odciągać słuchacza od tych głębszych emocji. W tym sensie język angielski zostawia więcej przestrzeni na własną interpretację.

EM: „Low Light” sprawia wrażenie soundtracku do emocjonalnego wypalenia. Takie interpretacje pojawiały się też w recenzjach i muszę przyznać, że się z nimi zgadzam jest w tej płycie coś na kształt emocjonalnej apokalipsy.

JK: Mam wrażenie, że ta cała apokalipsa wybrzmiewa mocniej właśnie dzięki kontrastowi. Emocjonalny upadek czy wypalenie stają się bardziej odczuwalne wtedy, kiedy możemy je porównać z czymś, co było wcześniej dobre, spokojne albo po prostu radosne. Już sama melodia, zestawiona z gitarami czy wokalem, buduje określony nastrój. No bo jednak nie gramy wesołej muzyki. Oczywiście zdarzają się bardziej pozytywne, jaśniejsze momenty i dobrze, bo bez tej lekkiej nuty optymizmu, takiego delikatnego uśmiechu w kąciku ust, ta płyta byłaby jednowymiarowa.

EM: A jak z inspiracjami? Na Waszym facebookowym profilu pojawiły się porównania do legend takich jakich Depeche Mode, David Bowie czy Pink Floyd.

JK: Łatwiej byłoby powiedzieć, czym się raczej nie inspirujemy. Często jesteśmy wrzucani do szuflad typu post-metal, post-rock czy szeroko pojęty rock progresywny, a ja szczerze mówiąc… właściwie nie znam dobrze tych nurtów. Albo znam pojedyncze zespoły, tylko nigdy nie myślałem o nich kategoriami gatunkowymi. Bardzo mało słucham progresywnego metalu czy progresywnego rocka. Podobnie z post-rockiem i post-metalem. Nie jest to muzyka, w której siedzę na co dzień. Oczywiście jakieś inspiracje zawsze działają, często podświadomie, ale nie było jednej płyty czy jednego wykonawcy, o którym moglibyśmy powiedzieć: „tak, dokładnie w tę stronę chcemy pójść”. Są natomiast zespoły, które bardzo lubimy i które mają podobny emocjonalny ton. Na przykład nasz wokalista zasłuchuje się w Depeche Mode albo NIN. Ja natomiast lubię brytyjskie granie w stylu Suede czy Manic Street Preachers — zespoły, które potrafią pisać bardzo melodyjne utwory, ale jednocześnie mają w sobie ogrom melancholii. Do tego dochodzi jazz, muzyka okołojazzowa i przede wszystkim muzyka klasyczna. Paradoksalnie nasze inspiracje wcale nie wywodzą się z bluesa czy klasycznego rockowego grania, mimo że używamy przesterowanych gitar. Mój sposób grania bardziej przypomina myślenie pianistyczne niż typowo riffowe podejście gitarowe. Pamiętam nawet sytuację, kiedy kolega z innego zespołu przyszedł na naszą próbę i po chwili powiedział: „Wszystko okej, tylko… gdzie są riffy?”. I faktycznie, nasza muzyka nie opiera się na klasycznych metalowych riffach. Są motywy, które się zapętlają i wracają, ale to nie jest konstrukcja typowa dla rocka czy metalu. Dlatego nawet jeśli stoimy dziś na „metalowej półce”, to obok zespołów pokroju Slayer po prostu nas nie ma. To zupełnie inna estetyka i inny sposób myślenia o muzyce.

EM: Jesteście chyba takim zespołem nie do szufladki, prawda? Zwłaszcza kiedy mówimy o riffach i całej konstrukcji waszej muzyki.

JK: To bywa problemem w tym sensie, że ludzie lubią wszystko klasyfikować. Łatwiej jest coś opisać, porównać, przypisać do konkretnej sceny. A kiedy zespół wymyka się szufladkom, trudniej go sprzedać. Może nie w dosłownym sensie, ale po prostu zaprezentować odbiorcom. Nie wiadomo do końca, do kogo nas porównać. Trudniej jest sprzedać płytę, koncert czy sam zespół, kiedy gra się coś, co znajduje się gdzieś pomiędzy różnymi estetykami. A jednocześnie właśnie to „pomiędzy” wydaje mi się najciekawsze. Często najbardziej fascynują mnie płyty, które początkowo były oceniane chłodno, bo wymykały się oczekiwaniom. W latach 90. Dotyczyło to choćby Paradise Lost, kiedy zaczęli eksperymentować z innym brzmieniem, albo zespołów takich jak Moonspell. Właśnie ten moment poszukiwania kiedy zespół wychodzi poza własną definicję i swoją wcześniejszą tożsamość jest dla mnie najbardziej interesujący.

EM: Oprócz tego Diatom gra ambitną muzykę, która wymaga skupienia i może nie dla każdego będzie od razu przystępna. Mam rację?

JK: Myślę, że nigdy nie staraliśmy się być ambitni na siłę. To po prostu wyszło naturalnie. Ale faktycznie jest w nas taka pokusa, żeby nie iść najprostszą drogą i nie opierać wszystkiego na tych najbardziej oczywistych rozwiązaniach. Co ciekawe, często te elementy same w sobie wcale nie są skomplikowane. Tyle że suma tych wszystkich drobiazgów sprawia, że ta muzyka nie staje się czymś, co po prostu leci sobie w tle.

EM: Czy miasto Gdańsk z którego pochodzicie, miało wpływ na waszą muzykę? A może raczej jego kontrastowy klimat.

JK: To jest trudne pytanie, bo tak naprawdę żaden z nas (a mówię o dotychczasowym, czteroosobowym składzie) nie urodził się w Gdańsku. Ja też nie jestem stąd, ale mieszkam w Gdańsku od ponad czterdziestu lat, więc myślę, że mogę już spokojnie nazywać się gdańszczaninem. Czy jednak samo miasto mnie ukształtowało? Czy wpłynęło na moje gusta, aspiracje albo sposób myślenia o muzyce? Pewnie w jakimś stopniu tak, ale trudno mi powiedzieć, czy da się z tego zrobić wspólny mianownik dla całej sceny. Kiedy byłem dzieckiem, gdańska scena kojarzyła mi się z czymś zupełnie innym. Pamiętam zespoły takie jak Golden Life czy Bielizna. To były dla mnie bardzo „gdańskie” zespoły, nawet jeśli każdy z nich grał coś innego, miały w sobie jakiś specyficzny klimat, może trochę surowy, trochę dziwny, trochę buntowniczy.

Ale czy sam Gdańsk ma jakiś magiczny wpływ na to, co robimy? Nie wiem. Być może gdybyśmy mieszkali gdzieś na słonecznej Sycylii, ta muzyka wyglądałaby zupełnie inaczej. A jednak żyjemy na północy, właściwie na północno-wschodnim krańcu Europy. Jest ciemno, zimno i raczej mało pogodnie i wydaje mi się, że to gdzieś słychać w naszej muzyce.

EM: Utwór „Silver” bardzo mocno otwiera album. Jest w nim coś postapokaliptycznego, przynajmniej ja tak to odbieram. Nasuwa mi się nietypowe pytanie: gdyby „Low Light” było filmem, jak wyglądałaby jego pierwsza scena? Czy byłaby to scena apokalipsy, czy raczej coś spokojniejszego?

JK: Wydaje mi się, że raczej coś spokojnego. Tym bardziej, że Michał, pisząc tekst do „Silver”, miał na myśli coś zupełnie innego niż ja, komponując muzykę. I chyba dobrze, że tak zostało. Nie chciałbym zdradzać ani jego interpretacji, ani swojej. To już należy do słuchaczy. Ale jeśli już mówimy o apokalipsie, to widzę ją raczej jako coś cichego. Taki spokojny film, w którym katastrofa dzieje się gdzieś w tle albo wewnątrz bohatera. Może nawet rozgrywa się tuż obok, tylko bohater pozostaje wobec niej dziwnie spokojny. Trochę jak w filmie „Melancholia”. Tam przecież apokalipsa dojrzewała w głównej bohaterce od samego początku filmu. I kiedy pojawił się realny koniec świata, ona zniosła go znacznie lepiej niż ludzie, którzy wcześniej prowadzili szczęśliwe, uporządkowane życie i nagle mieli wszystko do stracenia. Więc jeśli już używać słowa „apokalipsa”, to raczej w znaczeniu cichej, powolnej apokalipsy.

EM: Bardzo podoba mi się to porównanie. Chociaż przy niektórych dźwiękach miałam też momentami skojarzenia z takimi scenami rodem z "Terminatora".

JK: To akurat bardzo możliwe. Tam rzeczywiście pojawiają się pewne akcenty dźwiękowe, które mogły budować takie skojarzenia.

EM: A z kolei ostatni utwór, „From Here”, wydaje mi się bardziej wycofany, niedopowiedziany. Miałam wrażenie, jakby zostawiał po sobie świadomy niedosyt zamiast mocnego zamknięcia albumu. To był zamierzony efekt?

JK: Myślę, że to raczej wyszło naturalnie. Większość naszych utworów przechodzi jakąś ewolucję. „From Here” zaczyna się spokojnie i w pewnym sensie również spokojnie się kończy, choć po drodze pojawia się kulminacja i cięższe, bardziej metalowe momenty. Ten utwór po prostu przechodzi przez różne stany i transformacje. To, co ostatecznie słychać na płycie, jest efektem końcowym całego procesu. Czy chcieliśmy w ten sposób domknąć album i stworzyć klamrę z „Silver”? Niekoniecznie. To nie jest album koncepcyjny, więc trudno byłoby mi teraz dopisywać do tego jakieś ukryte znaczenia.

EM: Chodziło mi bardziej o to, czy chcieliście zostawić słuchacza z takim poczuciem „trzech kropek”, niedosytu, który sprawia, że od razu chce się czekać na kolejny materiał.

JK: Nie jesteśmy aż takimi mistrzami planowania, żeby mieć rozpisane pięć albumów do przodu. Chociaż przyznam, że ja już trochę żyję materiałem na trzecią płytę. Mam pewne pomysły, szkice, jakiś ogólny kierunek. Ale w przypadku „From Here” wszystko wyszło dość naturalnie. Ten utwór pierwotnie miał skończyć się wcześniej. Ostatnia część została dograna później, właściwie trochę z prozaicznego powodu. Po prostu skończył nam się czas w studiu. Ja miałem już napisaną część tekstu i wiedziałem, w którą stronę chcę to poprowadzić, a Michał dogrywał wokale później, już w innym studiu. Miał wtedy większą swobodę i trochę zaszalał emocjonalnie. Ten łamiący się głos był całkowicie zamierzony i wydaje mi się, że bardzo dobrze zadziałał. Nie było jednak żadnego świadomego planu typu: „zostawmy trzy kropki, żeby zapowiedzieć kolejną płytę”. Chociaż przyznam, że kiedyś fajnie byłoby zrobić naprawdę konceptualny album z jedną spójną historią. Ja jednak przede wszystkim skupiam się na warstwie muzycznej.

EM: Wspomniałeś wcześniej o pracy w studiu. Jak ten proces wyglądał od strony technicznej?

JK: Pierwsze sesje nagraniowe zaczęliśmy bardzo wcześnie, chyba już w czerwcu 2024 roku. Sam etap miksu nie trwał długo, ale nagrywanie rozciągnęło się w czasie. Perkusję rejestrowaliśmy w Tall Pine Records, w dużym pomieszczeniu, żeby uzyskać jak najbardziej naturalną akustykę. Kilka miesięcy później nagrywaliśmy już bas i wokale w Osso Studio w Gdańsku. Część dodatkowych wokali dogrywaliśmy jeszcze we Wrocławiu, w studiu Wave on Wave. Cały proces trwał długo, ale dzięki temu mogliśmy spokojnie weryfikować pomysły, coś dodawać, coś wyrzucać.

EM: Czyli mieliście czas, żeby wszystko naprawdę dopracować.

JK: Tak. Z jednej strony zazdroszczę muzykom jazzowym albo klasycznym, którzy potrafią wejść do studia, dostać materiał i nagrać płytę w dwa czy trzy dni. Ale z drugiej strony muzyka rockowa czy metalowa, mimo że często wydaje się bardziej bezpośrednia, wcale nie jest prostsza w realizacji. Tam też wszystko musi idealnie zagrać. Nie ma aż takiej swobody jak w jazzie czy muzyce improwizowanej. My pracowaliśmy nad tym materiałem miesiącami. Ale to też wynika z charakteru tej muzyki. Nawet jeśli słychać w niej emocje i spontaniczność, to pod spodem jest bardzo dużo ciężkiej pracy i ciągłego szukania najlepszego rozwiązania. Czasem ono przychodzi od razu, a czasem trzeba na nie naprawdę długo pracować. Zespoły, które są nam w pewnym sensie bliższe stylistycznie, też raczej nie nagrywają płyt „na setkę” w jeden dzień. Chyba że mówimy o takich przypadkach jak Black Sabbath w latach 70., kiedy wszystko było bardziej spontaniczne i grane na żywioł. My jednak tak nie pracujemy. Nawet jeśli w tej muzyce słychać emocje i naturalność, to pod spodem jest bardzo dużo ciężkiej pracy i szukania najlepszych rozwiązań. Czasami coś przychodzi od razu, intuicyjnie, a czasami trzeba nad tym siedzieć naprawdę długo

EM: I to słychać na płycie, wszystko wydaje się bardzo precyzyjnie dopracowane. Zastanawiam się więc, jak wygląda to na koncertach. Czy zagranie tego materiału na żywo też wymaga aż tak ogromnego skupienia i energii? Bo mam wrażenie, że takiej muzyki chyba nie da się odegrać nuta w nutę.

JK: To byłoby bardzo trudne. Ale koncert rządzi się swoimi prawami. Wychodzimy z założenia, że nie musimy odtwarzać wszystkiego jeden do jednego. Od tego jest płyta, jeśli ktoś chce usłyszeć materiał dokładnie tak, jak został nagrany, zawsze może do niej wrócić. Koncert to już zupełnie inna przestrzeń i inna energia. Do zespołu dołączył ostatnio gitarzysta Filip Musiatowicz, wcześniej już z nami grał, ale dopiero niedawno oficjalnie ogłosiliśmy jego obecność w składzie. Dzięki temu możemy lepiej oddać partie dwóch gitar. Chociaż prawda jest taka, że na „Low Light” momentami słychać jednocześnie cztery albo pięć warstw gitar, więc tego w pełni i tak nie da się odtworzyć na scenie. Marcin z kolei oprócz basu obsługuje też klawisze, więc jakoś sobie z tym wszystkim radzimy. Mamy już za sobą koncerty z nowym materiałem i bardzo ciekawe było dla mnie to, jak te utwory działają na żywo.

EM: Wydaliście przepiękny, niebieski winyl. I tak technicznie mnie to zaciekawiło — nigdy wcześniej nie pytałam muzyków o takie rzeczy — czy przygotowanie takiego wydania wpływa na czas oczekiwania? Czy kolorowy winyl i cała oprawa wizualna wydłużają proces tłoczenia?

JK: To zależy od tego, kiedy składasz zamówienie i do jakiej tłoczni trafiasz. Generalnie najpierw trzeba przygotować cały projekt: okładkę, wkładki, wszystkie elementy graficzne, no i oczywiście sam materiał muzyczny. Dopiero później zamawia się tłoczenie. Można to robić przez wytwórnię, ale my wydawaliśmy ten album sami. I tak naprawdę samo oczekiwanie trwa zazwyczaj kilka miesięcy. Czasem trzy, czasem więcej. Dochodzi jeszcze ustalanie wszystkich szczegółów — rodzaju papieru, połysku okładki, wykończenia wkładek, gramatury i całej reszty.

EM: Każdy detal ma znaczenie.

JK: Dokładnie. Zwłaszcza dla ludzi, którzy naprawdę kolekcjonują płyty i traktują je jako coś więcej niż tylko nośnik muzyki. Ja mam zresztą bardzo stare podejście, jeszcze z lat dziewięćdziesiątych. Jeśli album nie istnieje fizycznie, to trochę tak, jakby w ogóle nie został wydany. Kiedy jakiś artysta wypuszcza płytę wyłącznie cyfrowo i nie ma nawet planów wydania CD czy winyla, mam poczucie, że to jednak nie jest pełnoprawne wydawnictwo. Muzyka została nagrana, jasne, ale dla mnie sama płyta jeszcze wtedy nie istnieje naprawdę. To chyba takie przywiązanie do czasów, kiedy fizyczne wydanie było integralną częścią całego doświadczenia.

EM: Skoro już rozmawiamy o stronie wizualnej trudno pominąć okładkę. Patrzę na nią teraz i mam wrażenie, że jest bardzo abstrakcyjna. Ja widzę tam jakieś lodowe formy, może rozszczepiony lodowiec, może jakieś duchy pochylające się nad wodą.

JK: Przede wszystkim to jest prawdziwe zdjęcie, nie grafika AI ani komputerowy projekt. Po prostu fotografia konkretnego miejsca i konkretnej chwili. To zdjęcie zostało zrobione na Islandii. Zrobiłem je chyba dziewięć lat temu i jakoś przez cały ten czas czekało na właściwy moment. Co ciekawe, ono praktycznie nie było obrabiane. Mam wrażenie, że sama natura ułożyła tam wszystko w taki sposób, że nie trzeba było nic poprawiać. Oczywiście te lodowe formy czy odbicia na wodzie zostawiają pole do interpretacji. Każdy może zobaczyć tam coś innego. Ja sam czasami widzę w tych bryłach jakieś dziwne postacie albo stworzenia i też do końca nie wiem, czym one właściwie są. Ale chyba właśnie o to chodziło, żeby ten obraz po prostu współgrał z muzyką i niósł podobne emocje. Dla mnie to zdjęcie jest po prostu piękne. Może nie powinienem tego mówić, ale naprawdę tak uważam. I wydaje mi się, że to samo piękno, takie chłodne, trochę niepokojące, jest też zaklęte w naszej muzyce.

Powiązane materiały