Gilla Band

Niektóre płyty są zapisem czasu. „Pugnello” jest raczej zapisem tego, jak człowiek próbuje ten czas przetrwać — między żałobą a absurdem, nostalgią a hałasem. Przez cztery lata Gilla Band budowali album, w którym trudne doświadczenia nie zostały jednak zamienione w ciężar, lecz w materiał twórczy: surrealistyczne teksty spotykają się tu z noise’em, psychodelią i groove’em, a rozmazane fotografie stają się punktem wyjścia dla ponad stu obrazów. Co najważniejsze, po wszystkim muzycy nie brzmią jak zespół, który właśnie wydostał się z wyczerpującej sesji nagraniowej. Wręcz przeciwnie, mówią o energii, ciekawości i potrzebie dalszej eksploracji. O tym, co wydarzyło się po drodze, czego nauczyła ich ta płyta i dlaczego Gilla Band nie zamierzają dwa razy nagrywać tego samego, rozmawiamy przed ich koncertem 30 stycznia 2027 roku w warszawskiej Hydrozagadce, natomiast nowy album ukazał się 25 września.
**Ewelina Marek: Każdy album Gilla Band wydaje się dokumentem konkretnego okresu w waszym życiu. Co dokumentuje nowy album „Pugnello”? ** Dara Kiely: Dla mnie osobiście to przede wszystkim mierzenie się z żałobą po stracie ojca i diagnozą schizofrenii, ale też ze wszystkimi pozytywnymi rzeczami, które wydarzyły się w ciągu ostatnich trzech czy czterech lat — zarówno z tymi dobrymi, jak i złymi. W pewnym sensie ten album jest więc dokumentem ostatnich lat.
EM: Pracowaliście nad tą płytą przez cztery lata. Czy był moment, w którym zdaliście sobie sprawę, że stała się ona zupełnie innym albumem niż ten, który pierwotnie zamierzaliście nagrać?
Alan Duggan: Nie sądzę, żebyśmy na początku mieli jakiś bardzo konkretny plan, a potem nagle musieli skręcić w zupełnie inną stronę. Wręcz przeciwnie — mam wrażenie, że dość szybko zorientowaliśmy się, że to, co robiliśmy na samym początku, było właściwą drogą. Pierwszy utwór, który napisaliśmy, to „Jacobsons”, i myślę, że w pewnym sensie wyznaczył on kierunek dla wielu rzeczy, które zrobiliśmy później. Po prostu krok po kroku zmierzaliśmy w stronę czegoś konkretnego i cały czas mieliśmy poczucie, że idziemy we właściwym kierunku. Nawet jeśli w pewnych momentach było trochę trudno, nadal czuliśmy, że to właściwa droga, i w pewnym sensie wiedzieliśmy, czego szukamy. Wszyscy intuicyjnie wiedzieliśmy, czym chcemy, żeby ten album był, albo po prostu jak chcemy, żeby brzmiał.
DK: Z mojej strony również nie było jakiegoś ściśle określonego planu. Chodziło raczej o próbę rozwinięcia tego, co robiliśmy na wcześniejszych płytach, i zrobienie czegoś innego. Także o to, żeby nie spocząć na laurach i cały czas stawiać sobie nowe wyzwania pod względem kreatywnym. Wypróbowaliśmy naprawdę mnóstwo różnych metod pracy, różne techniki, różne rodzaje instrumentów, różne miejsca, w których nagrywaliśmy, różne sposoby pisania tekstów i całą masę innych rzeczy. Wszystko to ostatecznie wpłynęło na kształt tego, co słyszymy na gotowej płycie.
EM: W ciągu ostatnich kilku lat każde z was realizowało również różne projekty artystyczne poza zespołem. Co te doświadczenia wniosły do Gilla Band?
AD: Pewien zestaw umiejętności. Można nauczyć się różnych procesów, technik czy sposobów pracy — czegokolwiek by to nie dotyczyło — i potem okazuje się to po prostu bardzo przydatne. Czy to techniki nagrywania, czy Dara malujący i później wykorzystujący te techniki przy tworzeniu oprawy graficznej, czy Daniel pracujący z innymi zespołami i produkujący ich muzykę, a następnie przynoszący te umiejętności z powrotem do nas. Mam wrażenie, że każdy z nas wnosi do zespołu tego rodzaju nowe umiejętności i to jest naprawdę fajne.
EM: A jak wygląda sfera współpracy z różnymi osobami?
AD: To naprawdę świetna zabawa i bardzo odświeżające doświadczenie — próbowanie różnych rzeczy z różnymi ludźmi. Jednocześnie jest to pięknym przypomnieniem, jak wyjątkowa jest relacja między naszą czwórką. Kiedy piszemy razem, wszystko może przychodzić bardzo, bardzo łatwo. Wiemy, co nam się podoba. Nie musimy jakoś szczególnie wypychać się nawzajem poza strefę komfortu, bo nasze strefy komfortu są naprawdę szerokie. Interesuje nas tak wiele różnych rzeczy, że kiedy pracujesz z innymi artystami, czasami widzisz, jak mocno potrafią być ograniczone ich granice.
Ktoś może powiedzieć: „Nie wiem, czy czułbym się komfortowo, robiąc coś takiego”. A my jesteśmy całkiem swobodni w posuwaniu się do dość dalekich ekstremów, o ile tylko mieści się to w ramach pewnego wyczucia smaku. A nasze wyczucie smaku jest naprawdę szerokie. Myślę jednak, że wszyscy mamy dość podobny gust muzyczny. Praca z innymi ludźmi może dać ci ten cenny dystans i szerszą perspektywę, a jednocześnie nauczyć cię mnóstwa nowych rzeczy i dać nowe umiejętności.
DK: Spróbuję rozwinąć właśnie tę kwestię. To trochę tak, że cokolwiek podoba się jednej osobie, może spodobać się nam wszystkim. To sprawia, że cały czas jesteś czujny i nie wypadasz z rytmu. Mamy też naprawdę dziwny, ale piękny rodzaj diagramu Venna naszych zainteresowań. W pewnych miejscach się one przecinają, a w innych ktoś jest bardziej zainteresowany na przykład hip-hopem niż pozostali, ktoś inny techno, ktoś jeszcze muzyką singer-songwriter, folkiem czy czymś zupełnie innym. I jakoś zawsze udaje nam się sprawić, żeby te różne rzeczy stały się częścią naszego brzmienia. Nie musi to nawet oznaczać konkretnego gatunku. Czasami może to być po prostu jakiś fragment utworu, jakaś historia albo opowieść związana z czymś, co usłyszeliśmy.
Nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek wydali coś, czego cała czwórka w danym momencie nie zaakceptowała albo czego po prostu nie lubiliśmy. Tak naprawdę to właśnie cała nasza czwórka jest dla nas najważniejszą grupą odbiorców, dla której tworzymy. A wszystko, co dzieje się później, nie zależy już właściwie od nas
EM: W swoim bio zaznaczacie, że każdy album Gilla Band powinien brzmieć zupełnie inaczej. Czy ta ciągła potrzeba wymyślania siebie na nowo jest dla was bardziej ekscytująca czy wyczerpująca?
DK: Zdecydowanie ekscytująca. Myślę, że gdybyśmy naprawdę próbowali się po prostu powtarzać, byłoby to dla nas bardzo trudne. Ciężko byłoby nam tak pracować i jednocześnie czerpać z tego przyjemność. Poza tym ten zespół nie jest jakąś maszyną ani całym przemysłem zbudowanym wokół niego, w którym musimy nieustannie wypuszczać kolejne rzeczy tylko po to, żeby dalej go rozwijać. Gilla Band jest dla nas przede wszystkim narzędziem do twórczego wyrażania siebie. Gdybyśmy przestali to robić, granie w tym zespole stałoby się chyba po prostu trudne. Dlatego właśnie pomysł, żeby cały czas pchać zespół do przodu i utrzymywać go dla nas samych interesującym i ekscytującym, jest częścią tej zabawy. Dobrze jest móc powiedzieć sobie: „Dobra, spróbujmy czegoś nowego”.
Przy tej płycie mieliśmy zresztą kilka pomysłów, przy których w pewnym momencie zaczynaliśmy się powtarzać. Robiliśmy już wcześniej coś podobnego. I nawet jeśli pojawiało się: „O, to jest całkiem fajne, dobrze brzmi”, to jednocześnie nie mieliśmy poczucia, że to naprawdę posuwa zespół do przodu. Więc takie rzeczy po prostu odrzucaliśmy. Czasami dało się zachować z nich jakieś fragmenty, ale na tym właściwie się kończyło. I to też jest fajne.
EM: Czyli rozwój Gilla Band nie polega na nieustannym szukaniu „następnego pomysłu”, tylko raczej na tym, żeby pozwolić rzeczom pojawiać się we własnym tempie?
DK: Tak. Nie wydaje mi się, żeby to było wyczerpujące, właśnie dlatego, że nie siedzimy wszyscy razem i nie myślimy: „Co teraz?”. Spotykamy się na próbach najwyżej dwa razy w tygodniu, a czasami tylko dwa razy w miesiącu. Zdarzają się więc naprawdę długie przerwy, kiedy w ogóle się nie widzimy. I właśnie wtedy fajne jest to, że kiedy znowu się spotykasz, możesz zapytać: „Czego ostatnio słuchaliście?”. I ktoś odpowiada: „Sprawdź to, kurwa” albo „Sprawdźcie wszystko to, czego ostatnio słuchałem”.
Jedna osoba może na przykład słuchać jakiejś kompletnie szalonej ilości folku, podczas gdy ktoś inny zagłębia się w jakiś zupełnie obskurny, współczesny hip-hop czy cokolwiek innego. Każdy po prostu przynosi ze sobą mnóstwo różnych rzeczy. Wydaje mi się, że to bardzo zdrowy układ i że u nas naprawdę się sprawdza. Nie ma żadnej presji. Jedyna presja polega na tym, żeby stworzyć coś, co naprawdę nam się podoba. A z tym wcale nam się nie spieszy.
EM: Na całym albumie absurdalny humor współistnieje z żałobą, lękiem i poczuciem straty. Czy postrzegacie humor jako sposób radzenia sobie z trudnymi rzeczami?
DK: Tak, zdecydowanie. Szczególnie kiedy jest się na przykład rodzicem czy kimś w podobnej sytuacji, rozwija się w sobie bardzo ostry rodzaj poczucia humoru. I nie chodzi o to, że się z tego śmiejesz. To po prostu pewien sposób radzenia sobie z różnymi rzeczami — taki, który właściwie można zrozumieć tylko wtedy, kiedy samemu jest się w takiej sytuacji albo również przez coś takiego przeszło. Więc zdecydowanie humor jest ogromną częścią tego zespołu, na bardzo wielu poziomach. I faktycznie jest też mechanizmem radzenia sobie. Dzięki niemu wiele rzeczy staje się… w dobrym sensie łatwiejszych. Mocno wierzę w to, że humor jest naprawdę ważny, kiedy przeżywasz żałobę czy cokolwiek podobnego. W pewnym sensie pozwala ci wrócić w lepsze miejsce. Trochę resetuje głowę. Mogę napisać coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo mroczne, a potem wrzucić do tekstu jakieś głupie słowo albo absurdalną sytuację. I to naprawdę pomaga mi przejść przez taki czas.
EM: W „Placeholder” nostalgia za dzieciństwem staje się formą ucieczki. Czy po ukończeniu albumu czujecie, że udało wam się pogodzić z niektórymi z tych wspomnień?
DK: Nie sądzę, żeby takie rzeczy kiedykolwiek całkowicie z nas znikały. Nie można po prostu „przejść nad czymś do porządku dziennego” — trzeba przez to przejść. I ten album był świetnym sposobem, żeby to wszystko wyrazić, a przy okazji przyjrzeć się tym wspomnieniom z różnych perspektyw. To naprawdę dziwny temat, kiedy próbujesz wyjaśnić go wprost. Dzięki tym surrealistycznym tekstom mogłem wyrazić rzeczy, o których trudno byłoby mi mówić bezpośrednio. Myślę, że miało to ogromne znaczenie dla mojego procesu uzdrawiania. Bo później zostaje ci ten album, z którego jesteś naprawdę dumny, nagrany ze swoimi najlepszymi kumplami. A potem wydarza się jeszcze mnóstwo wspaniałych rzeczy. Więc ostatecznie jest w tym wszystkim coś pozytywnego i coś negatywnego.
Podobnie było z oprawą graficzną. Powstała na bazie kiepskich zdjęć, takich nieostrych, z czymś na obiektywie, czasami z czyimiś stopami przypadkiem w kadrze albo z jakimś innym niedoskonałym elementem. Ale właśnie na tych zdjęciach malowałem. Chodziło o to, żeby wydobyć coś pozytywnego z czegoś, co z pozoru było negatywne czy po prostu nieudane.
Myślę, że podobnie można odczytać też tekstową, liryczną stronę zespołu. Taki był przynajmniej zamiar, ten ogólny zamysł — wziąć coś trudnego, nieprzyjemnego czy pozornie zepsutego i spróbować przekształcić to w coś wartościowego.
EM: Wasze teksty odwołują się do wszystkiego — od „Big Brothera” i „Power Rangers” po Harolda Lloyda i Coldplay. Dlaczego popkultura jest dla was tak naturalnym językiem wyrażania bardzo osobistych emocji?
DK: Zaczęło się od tego, że kiedy byłem dzieckiem, dostałem pewną książkę. To była taka kronika XX wieku, coś w rodzaju encyklopedii poświęconej całemu stuleciu. Bardzo mnie zainteresowała. Jako dzieciak byłem nią naprawdę zafascynowany. Później doszła telewizja i programy, które ogląda się dla komfortu — „Big Brother”, „Power Rangers”, „Top Cat” i tym podobne. Przez całe życie popkultura była dla mnie pewnego rodzaju mechanizmem radzenia sobie. Samo mówienie o rzeczach związanych z nostalgią może być zresztą w pewnym sensie oczyszczające. To trochę jak wewnętrzny żart, który rozumiesz tylko ty. Ale myślę też, że popkultura daje ci skrót, dzięki któremu możesz opisać pewne emocje, nie nazywając ich bezpośrednio. Na przykład w „Safety Last!” Harolda Lloyda jest ta słynna scena, w której wisi on na wskazówkach zegara. Jest w niej ogromny lęk, zarówno bardzo fizyczny, związany z ciałem i konkretną sytuacją, jak i czysto emocjonalny. A potem masz na przykład Davinę McCall w „Big Brotherze”, kiedy za chwilę ma powiedzieć, kto wygrał program albo kto został eksmitowany. Robi wtedy tę naprawdę długą pauzę. To jest drobny, bardzo konkretny moment, ale niesie ze sobą określone napięcie.
Nie jest to oczywiście w ten sposób wyłożone wprost w utworze. Czasami jednak ktoś do mnie podchodzi i mówi: „O, czy to jest nawiązanie do tego?”. Albo: „To przypomina mi tamtą rzecz”. I właśnie to jest w tym ciekawe. To sposób komunikowania się, który nie wydaje się aż tak osobisty, ale sam temat pozostaje bardzo osobisty. Chodzi po prostu o sposób, w jaki go opisujesz.
EM: Wcześniej wspomniałeś też o oprawie graficznej albumu, która bazuje na rozmazanych, źle skadrowanych zdjęciach. Czy odzwierciedla to waszą szerszą filozofię twórczą?
DK: Tak. Po prostu słuchałem naszych demówek i malowałem na tych papierach fotograficznych. To były zdjęcia z trasy i było tam absurdalnie dużo naprawdę beznadziejnych fotografii. Pomyślałem: „Fajnie byłoby na czymś malować”. Trochę już wtedy malowałem, ale ten pomysł wydawał mi się po prostu ciekawszy. W końcu namalowałem ponad sto obrazów. A wcale nie zajęło mi to aż tak dużo czasu. I tak, zrobienie tego stało się sporą częścią mojego życia. Chodziło właśnie o to, żeby wydobyć coś pozytywnego z czegoś negatywnego. Wiem, że brzmi to trochę banalnie, ale chyba naprawdę ma sens, że właśnie tak wyglądała ta płyta — przynajmniej z mojej perspektywy. Kiedy malowałem, właśnie tak ją widziałem.
EM: Koncerty Gilla Band słyną z ogromnej intensywności. Jak myślicie, w jaki sposób materiał z nowego albumu zmieni energię waszych występów na żywo?
AD: Myślę, że prawdopodobnie będzie miała podobną energię, bo sporo materiału na tej płycie jest naprawdę intensywnego. Podejrzewam więc, że to się utrzyma. Ale jednocześnie powinno być trochę inaczej. Mam nadzieję, że całość będzie brzmiała pełniej i będzie miała trochę więcej groove’u, bo wydaje mi się, że właśnie taki charakter ma to nagranie.
Więc być może na żywo pojawi się po prostu trochę więcej przestrzeni, więcej miejsca na wszystkie te rzeczy, które są naprawdę fajne. Ale burzliwość na pewno nadal będzie obecna. Z jakiegoś powodu jesteśmy po prostu bardzo intensywnym zespołem. Więc chyba to już z nami zostanie.
EM: W „Pugnello” bardzo mocno wybrzmiewają psychodelia, noise i momenty kontrolowanej kakofonii. Czasami instrumenty zdają się opowiadać tę historię w takim samym stopniu jak tekst. Skąd czerpiecie inspirację do tworzenia tych charakterystycznych muzycznych pejzaży?
DK: Inspiracja może przychodzić z naprawdę wielu różnych miejsc. To może być właściwie dowolny gatunek muzyki, ale równie dobrze film. Mogą to być też, wiecie, dźwięki natury… chociaż teraz zabrzmiałem jak jakiś straszny dupek. Ale nawet sama świadomość, że jeśli zapętli się jakiś dźwięk, może on zacząć brzmieć interesująco pod względem czysto brzmieniowym, może być źródłem inspiracji. Więc tych źródeł jest naprawdę mnóstwo. Gotowość do eksplorowania takich rzeczy z perspektywy sound designu zawsze była w tym zespole. Myślę tylko, że z czasem staliśmy się bardziej skupieni, trochę bardziej świadomi i celowi w tym, co robimy.
Dlatego fajnie, że masz wrażenie, że warstwa muzyczna może odzwierciedlać teksty. Myślę, że to ma sens, bo nie jest tak, że najpierw piszemy teksty, a potem muzykę — ani odwrotnie, że najpierw powstaje muzyka, a dopiero później tekst. To zdecydowanie jest rozmowa, która toczy się w obie strony. I chyba coraz lepiej zaczynamy to rozumieć. Ciekawe jest to, że te dwie warstwy mogą się w pewien sposób wzajemnie odzwierciedlać. Pamiętam, że kiedy robiliśmy drugi album, był tam jeden utwór, który był takim prawdziwym dialogiem. Chodziło o to, jak intensywny powinien być wokal w stosunku do samego utworu. W studiu długo dyskutowaliśmy, jak to właściwie zrobić.
I myślę, że od tamtego czasu — choć tak naprawdę ta gotowość była w nas już wcześniej — cały czas mamy takie podejście: „Czego właściwie tutaj szukamy?”. Jak powinno to zostać odzwierciedlone w warstwie brzmieniowej? A może w tekście? Wszystko to jest przedmiotem dyskusji. I to jest naprawdę fajny, twórczy rodzaj rozmowy.
EM: Erica Synths Perkons, czyli automat perkusyjny, wyraźnie wpłynął na sposób, w jaki pracujecie nad muzyką...
DK: Niekoniecznie zmienił sposób, w jaki piszemy muzykę. Od zawsze zaczynaliśmy od szukania rytmów, a potem budowaliśmy na ich podstawie kolejne elementy. Automat perkusyjny był więc po prostu bardzo skutecznym sposobem na znalezienie tych rytmów, bo właśnie do tego służy. Erica Synths Perkons nie jest tylko automatem perkusyjnym. To również świetne narzędzie do sound designu. To coś, co potrafi ci coś „odpluć” z powrotem. Na przykład linia basu w „Placeholder” — to właśnie ten automat. To nie jest bas. Ten dźwięk pochodzi z automatu. To jest w nim najbardziej ekscytujące, że wyrzuca w naszym kierunku najróżniejsze rzeczy. Czasami wystarcza tylko trochę poruszyć ręką i nagle on daje cały muzyczny pomysł. Ale mam wrażenie, że tak naprawdę zawsze pracowaliśmy w ten sposób. Kiedy Adam kupił nowy wzmacniacz, napisaliśmy „Shoulderblades” z naszej drugiej płyty. Kiedy Dara dostał mikrofon, do którego może krzyczeć i który wszystko przez to przesterowuje, otworzyło to przed nami mnóstwo możliwości, których wcześniej nie mogliśmy wykorzystać w tym pomieszczeniu. Właściwie za każdym razem, kiedy dostajemy nowy sprzęt, próbujemy sprawdzić, co zrobi z tym, co przez niego przepuszczamy. I wtedy pojawia się: „O kurwa, to brzmi naprawdę ekscytująco”. A potem próbujemy budować na tym dalej.
EM: Czego właściwie nagranie tej nowej płyty nauczyło was nie jako muzyków, ale jako ludzi?
AD: To dobre pytanie. Myślę, że nauczyłem się więcej o komunikacji i inteligencji emocjonalnej. O tym, jak przechodzić przez naprawdę, naprawdę tragiczne rzeczy, takie jak żałoba, ale też przez różne sytuacje, które dzieją się w życiu innych ludzi — jak się w tym wszystkim odnaleźć, dać innym przestrzeń, a jednocześnie pamiętać o tym, żeby samemu też o siebie dbać. To wszystko jest ze sobą związane. Z nauczeniem się, jak czuć się w takich sytuacjach trochę swobodniej i lepiej sobie z nimi radzić.
Przez ten cały okres uświadomiłem sobie, że naprawdę, naprawdę uwielbiam to robić. Czasami słyszysz historie o artyście czy zespole, który kończy nagrywanie płyty i ma wrażenie, że ta płyta, kurwa, ich zniszczyła. Że naprawdę musieli się z nią zmagać, żeby w ogóle przez to wszystko przejść. A ja nie wiem… Czuję się naprawdę pełen energii. Jestem naprawdę podekscytowany tym, żeby robić więcej i ruszać dalej.
DK: Myślę, że Alan ujął to naprawdę dobrze. Po prostu doceniać to, co się ma, i patrzeć z nadzieją na to, co będzie dalej — na to, co chcemy robić w przyszłości.
EM: Gdybyście mieli wybrać jeden utwór, który najlepiej reprezentuje to, kim Gilla Band jest w 2026 roku — który by to był?
DK: Jeden utwór z płyty? Taki, który najlepiej pokazuje, gdzie jesteśmy? Może „Giraffe”. Myślę, że jest w nim trochę wszystkiego. To chyba jeden z powodów, dla których wybraliśmy go na główny singiel, w pewien sposób reprezentuje cały album. Ma ten taneczny element, są tam trochę dziwne teksty, a do tego sporo naprawdę interesujących dźwięków.
AD: Ja miałbym ochotę powiedzieć „The Megazord” albo „At the Gallop” — coś, co jest bardzo mocno wyprodukowane, gdzie naprawdę dużo zrobiliśmy ręcznie. Trudno powiedzieć. Wybranie jednego utworu to całkiem trudne zadanie. Chyba właśnie dlatego istnieje cały album. To wszystko razem jest tym, kim jesteśmy teraz.
Jednocześnie czuliśmy, iż „Jacobsons” działa jako swego rodzaju centralny punkt tej płyty. Więc może właśnie ten utwór dość dobrze reprezentuje to, gdzie jesteśmy w tej chwili. Ale to dziwne, bo myślę, że w pewnym sensie wcale tak o tym nie myślimy. Z jednej strony takie podejście oznacza patrzenie wstecz, a ja mam wrażenie, że kiedy kończymy płytę, to raczej pojawia się: „Dobra, to już zrobione”. I ruszamy dalej. Wiecie, o co mi chodzi. Dlatego trudno powiedzieć: „Tak, to właśnie dokładnie pokazuje, gdzie jesteśmy teraz”, bo tak naprawdę ta płyta pokazuje, gdzie byliśmy na początku tego roku. A gdzie jesteśmy teraz? Naprawdę nie wiem.
Mam tendencję do tego, żeby bardziej myśleć o tym, co jest przed nami. I chyba właśnie dlatego tak trudno wskazać jeden utwór, który miałby mówić: „To jest Gilla Band w 2026 roku”. Bo za chwilę możemy być już zupełnie gdzie indziej.
GILLA BAND: 30.01.2027, Warszawa, Hydrozagadka

