HÉR

WywiadEwelina MarekHÉR
HÉR

HÉR to jedna z najciekawszych eksperymentalnych grup w polskiej muzyce. A ta wyrasta z improwizacji, ale równie mocno opiera się na napięciu, transie i świadomie budowanej narracji inspirowanej staronordyjską mitologią i tekstami Eddy. Debiutancki album „Monochrome” zaskakuje jakością, porywa do mitologicznego świata i intryguje, a to dopiero początek drogi trójmiejskiej formacji dla której muzyka jest nie tyle formą, co intensywnym, emocjonalnym doświadczeniem. W rozmowie z założycielem zespołu, skrzypkiem, Tomaszem Chyłą, zaglądamy za kulisy powstawania zespołu, inspiracji nordycką mitologią i drogi, która zaprowadziła HÉR na międzynarodową scenę.

Ewelina Marek: Zapis HÉR może sugerować angielskie „her”, tymczasem to słowo pochodzi z języka islandzkiego. Jak właściwie powinno się je wymawiać?

Tomasz Chyła: Najbliżej jest tutaj do angielskiego „here”, ale w języku islandzkim poprawnie brzmi „hier”. Tak właśnie się przedstawiamy.

EM: HÉR oznacza po prostu „tutaj”. Skąd taki focus na teraźniejszość?

TC: Sama nazwa pojawiła się dopiero po sesji nagraniowej, która była dla nas bardzo ważnym momentem. To nasz basista, Tomek Sadecki, robił research różnych nazw i w pewnym momencie stwierdził, że „hier” idealnie do nas pasuje, bo wszystko dzieje się tu i teraz.

EM: „Tu i teraz” eksploduje na waszych koncertach...

TC: Zdecydowanie tak. Nasze występy są trochę jak mały spektakl audiowizualny, który wydarza się tylko w danej chwili. Jest też w tym dużo improwizacji, bo właśnie z muzyki improwizowanej się wywodzimy. Ten element udało nam się przemycić do świata metalowo rockowego. Dlatego ostatecznie wszyscy zgodziliśmy się, że nazwa HÉR najlepiej oddaje charakter tego, co robimy.

EM: W swoją muzykę wpletliście mitologię staronordyjską, inspiracją była Edda Poetycka, czyli zbiór pieśni mitologicznych. Mam wrażenie, że to dość nieoczywisty kierunek w dzisiejszych czasach.

TC: Pomysł na zespół powstał przy okazji projektu, który dostałem do przygotowania na festiwal. My, jazzmani, jesteśmy mocno związani z festiwalowym środowiskiem i czasem dostajemy propozycje stworzenia specjalnego programu na konkretne wydarzenie. Ja akurat dostałem zaproszenie, żeby przygotować materiał na Nordic Talking Festival w Gdyni.

Byłem wtedy wielkim fanem serialu "Vikings" i bardzo podobał mi się utwór Fever Ray „If I Had a Heart”, który był motywem przewodnim tej produkcji. Zainspirował mnie. Pomyślałem, że oprócz mainstreamowego wątku chciałbym jednak wejść głębiej. Sięgnąłem więc po Eddę Starszą, czyli w zasadzie ich mitologiczną biblię. To tekst pochodzący z Islandii, opowiadający o nordyckich bogach i świecie dawnych wierzeń.

Wybrałem z niej kilka fragmentów, potraktowałem je jak cytaty i napisałem do nich utwory. Zaprosiłem chłopaków do współpracy i na początku powstały cztery kompozycje, bardzo mantryczne w charakterze. Zagraliśmy oparty na tym materiale jeden koncert i właściwie na tym wszystko miało się skończyć.

EM: Mitologiczny, baśniowy świat jednak wciągnął Was mocniej...

TC: Już na pierwszej próbie wszyscy poczuliśmy, że w tej muzyce jest coś więcej. Pojawiła się taka lampka w głowie, że z tego może urodzić się coś większego. Dlatego mimo długiego czasu między nagraniem materiału a wydaniem płyty byłem spokojny. Ta staroislandzka filozofia spokoju i przekonania, że rzeczy wydarzą się wtedy, kiedy mają się wydarzyć, w pewnym sensie też nam towarzyszyła.

EM: Szybko podpisaliście kontrakt z wytwórnią Season of Mist, znaną ze współpracy z zespołami takimi jak Within Temptation, Rotting Christ czy Mayhem.

TC: To historia, która dziś wydaje się trochę nieprawdopodobna. W dzisiejszych czasach takie rzeczy rzadko się zdarzają. Może nie jesteśmy bardzo wiekowi, ale każdy z nas ma już za sobą dziesięć czy piętnaście lat grania na scenie, więc raczej twardo stąpamy po ziemi.

Na początku był wspomniany festiwalowy projekt, chociaż właściwie nie lubię słowa „projekt”. Kojarzy mi się z czymś jednorazowym i ulotnym. Może właśnie dlatego od początku chciałem zrobić z tego coś trwalszego. Od razu zadbałem o to, żeby wejść do studia, nagrać materiał i napisać więcej utworów.

Pierwszy większy koncert zagraliśmy w Gdańsku podczas See You Showcase, czyli wydarzenia prezentującego artystów z Trójmiasta. Dostaliśmy tam tak zwaną dziką kartę od Arka Hronowskiego, jednego z dyrektorów Mystic Festival. Wtedy byliśmy kompletnymi no name’ami i mieliśmy tylko nagranie studyjne. Po koncercie zrobiło się jednak spore zamieszanie. Podobno przez dwa dni w całym Teatrze Szekspirowskim mówiło się o naszym występie. Arek powiedział wtedy, że ta muzyka nadaje się tylko do tego, żeby wywieźć ją na Zachód, i że powinniśmy skontaktować się z Mystic Production.

Z jego polecenia spotkaliśmy się z Michałem Wardzałą, właścicielem Mystic Production. Michał był zainteresowany współpracą i podpisaliśmy kontrakt. W planach było wydanie płyty w 2023 roku.

W pewnym momencie Michał zadzwonił jednak z propozycją wyjazdu na festiwal By:Larm w Oslo. Mieliśmy tam zagrać na scenie związanej z black metalem. Warunki koncertowe były dość spartańskie, ale zrobiliśmy wszystko, żeby oddać klimat naszej muzyki. Dla nas bardzo ważny jest element spektaklu, czyli wizualizacje i cała warstwa audiowizualna.

Dwa dni później, Michał zadzwonił ponownie i powiedział, że zainteresowała się nami wytwórnia Season of Mist. Stwierdził, że chce nas wprowadzić w proces wydawniczy, nawet jeśli będzie to oznaczało dłuższe czekanie na premierę. Zaufaliśmy temu pomysłowi. To dla nas naprawdę niesamowite doświadczenie. Aż trudno uwierzyć, jaką drogę przeszliśmy.

EM: Odwiedziliście już z albumem "Monochrome" na żywo kilka zagranicznych miast.

TC: Tak. Niedawno graliśmy koncert w Wilnie. Byliśmy też w Holandii. Niedługo ruszamy też w kolejne koncertowe wyzwania razem z naszą agencją Doomstar. Teraz po prostu z ciekawością czekamy na to, co wydarzy się dalej.

EM: Płyta pełna jest wątków jazzowo-psychodelicznych, wśród muzyków, którzy go stworzyli są członkowie grupy Nene Heroine. Co łączy Was oprócz trójmiejskiej sceny?

TC: Faktycznie, w zasadzie wszyscy się znamy z Trójmiasta. Piotrek Chęcki mieszka dziś w Warszawie, ale tak naprawdę zawsze będzie kojarzony z Trójmiastem, bo stąd się wywodzi. Graliśmy razem przez kilka lat w moim jazzowym kwintecie. Potem mieliśmy przerwę, ale bardzo chciałem wrócić do wspólnego grania, więc zaprosiłem go do tego projektu. W zespole grają też Sławek Koryzno i Tomek Sadecki. Oni również są związani z Nene Heroine, a ze Sławkiem gram z kolei od lat w moim kwintecie. Tomek to zresztą mój bliski przyjaciel.

Taką wisienką na torcie okazał się Maciek Świniarski, czyli nasz wokalista. Jest trochę młodszy od nas, reprezentuje już inne pokolenie muzyków. Zależało mi też na tym, żeby wyjść poza typowo jazzową formułę. Wiadomo, że jazz instrumentalny jest muzyką niszową i bywa trudniejszy w odbiorze. Zaproszenie wokalisty było więc naturalnym krokiem. Poza tym Maciek jest świetnym artystą i naprawdę znakomitym wokalistą. Najważniejsze jednak jest to, że w tym pięcioosobowym składzie bardzo dobrze się ze sobą czujemy.

EM: Chciałabym jeszcze nawiązać do warstwy tekstowej. Już pierwszy uutwór „Chant” przyciąga uwagę, chociaż dla wielu słuchaczy może być zagadką, bo pojawia się tam język islandzki. Dopiero kiedy przeczytałam teksty i ich tłumaczenia, zrozumiałam, że to cytat z Hávamál, przypisywanego Odynowi.

TC: Ten fragment można przetłumaczyć jako ostrzeżenie, żeby nie wchodzić na pole bitwy bez broni. To bardzo mocny komunikat i wydaje się, że wprowadza w klimat całej płyty.

EM: Jednocześnie album jest bardzo zmienny. Z jednej strony pojawia się coś w rodzaju mantry, która buduje intensywny nastrój, z drugiej strony kolejne utwory wyciszają emocje. Pojawia się też choćby motyw sosny rosnącej na skałach, która z czasem wysycha i umiera. To z kolei wątek kruchości życia i nieuchronności śmierci. Teksty przeplatają się z cytatami z Eddy.

TC: Dokładnie tak. Utwór „Needles and Bark ” to również cytat z Eddy. „Praise the Day” także pochodzi z tego źródła. Był jeszcze jeden fragment, który ostatecznie nie trafił na płytę. Natomiast pozostałe teksty napisał Maciek.

EM: A „Slipknot”? Ktoś mógłby pomyśleć, że chodzi o znany zespół, ale tutaj chodzi raczej o znaczenie samego słowa, czyli pewien emocjonalny węzeł. Mam wrażenie, że przez cały album przewija się właśnie opowieść o emocjach.

TC: Teksty rzeczywiście tworzą coś w rodzaju czterdziestokilkuminutowej podróży przez emocje. Jeśli ktoś chce naprawdę poczuć tę muzykę, najlepszym sposobem jest przyjście na koncert. To doświadczenie działa w dwie strony. Maciek często mówi, że po każdym koncercie jest emocjonalnie kompletnie wyczerpany. I my to samo czujemy ze strony publiczności. Zawsze zaczynamy koncert od tego samego chóralnego motywu, który otwiera płytę. To wprowadza publiczność w nasz świat. A na końcu następuje już pełne uwolnienie emocji. Maciek w swoich tekstach stara się też przekazywać różne przemyślenia i refleksje. To nie są typowe piosenki o miłości. Nawet jeśli czasem pojawiają się tylko dwa wersy, to można się nad nimi naprawdę głęboko zastanowić.

EM: Czy żeby naprawdę zrozumieć "Monochrome", warto sięgnąć po Eddę i zagłębić się w mitologię, czy nie jest to konieczne?

TC: Myślę, że ta muzyka i teksty są w gruncie rzeczy bardzo uniwersalne. Nie chciałbym, żeby słuchacz miał poczucie, że musi najpierw studiować Eddę, żeby zrozumieć naszą płytę. Sam klimat muzyki, ten mrok i atmosfera kojarząca się ze Skandynawią, prowadzą słuchacza w odpowiednim kierunku.

Powiązane materiały