Izzy and the Black Trees

WywiadGrzegorz SzklarekIzzy and the Black Trees
Izzy and the Black Trees

Poznańska grupa Izzy and the Black Trees wydała kilka dni temu nowy trzeci już album studyjny zatytułowany "Kisses To Chaos", który został nagrany w Łodzi. O kulisach powstania tego wydawnictwa opowiedziała nam wokalistka i autorka tekstów Izabela Rakowska.

GS: Czy grupa Izzy and the Black Trees ma swoją filozofię lub credo?

IR: Nie mamy credo, ale jeśli posłuchasz naszej ostatniej płyty to usłyszysz, że po prostu idziemy konsekwentnie swoją ścieżką. Ale filozofii jeszcze się nie dorobiliśmy (śmiech).

GS: Słuchając nowego albumu słyszę, że bardzo często zbliżacie się na niej do bardzo cienkiej granicy, oddzielającej Was od, ośmielę się to powiedzieć, mainstreamowego rocka. Pod warstwą brzmień garażowych jest dużo fajnych melodii….

IR: Trzeba przyznać, że mamy naturalną skłonność do pisania piosenek i chwytliwych melodii, ale jednocześnie staramy się urozmaicać te dość proste formy i rozwiązania. Często utwory powstają na bazie nieskomplikowanego riffu czy bitu, do którego później dokładamy kolejne warstwy brzmieniowe.

Są jednak też kompozycje, które od początku nie mają mieć typowo piosenkowej formy — jak na przykład „Escape from the Liberty Cinema” lub “Stalker”.

Każdemu z nas bliskie jest też podejście znane z muzyki Beatlesów czy Nirvany. W przypadku Nirvany było to szczególnie wyraźne: brali proste, melodyjne piosenki i nakładali na nie hałaśliwe, przesterowane gitary. Jak się później okazało, był to przepis na ogromny sukces.

GS: Dodałbym też Pixies…

IR: Pixies oczywiście lubimy i gdzieś tam w brzmieniu gitar Mariusza słychać echa tego zespołu. Dla mnie jest to zespół, który zdecydowanie rzadziej słuchałam niż na przykład Nirvanę czy inne około grunge’owe zespoły, ale zdecydowanie Pixies jest w orbicie naszych zespołowych zainteresowań. Ich piosenki są świetnie napisane, ponadczasowe i to bardzo cenimy.

GS: „Kisses To Chaos” powstała w Łodzi i to słychać. Jaki wpływ miało to miasto na proces tworzenia warstw muzycznej i tekstowej?

IR: Okazało się, że wpływ Łodzi był zaskakująco duży. Właściwie nigdy nie zakładaliśmy, że pojedziemy tam nagrywać album — raczej wyobrażaliśmy sobie jakiś plener, jezioro albo las. Tymczasem trafiliśmy do Łodzi, i to jeszcze w środku lata. Nasza pierwsza reakcja była raczej sceptyczna — pomyśleliśmy: „O nie, chyba nie będziemy się tu dobrze czuć”. Mieliśmy po prostu zupełnie inną wizję miejsca nagrań.

Wszystko jednak zmieniło się o 180 stopni, gdy zaczęliśmy sesję w studiu im. Henryka Debicha Radia Łódź. To piękne pomieszczenie — z dużymi, starymi drewnianymi szafami i boazerią z lat 60. i 70., która nadaje mu wyjątkowy klimat. Zatrzymaliśmy się też u znajomego w mieszkaniu na poddaszu starej kamienicy przy Piotrkowskiej.

Z czasem zaczęliśmy wsiąkać w to miasto — w miejsce, które cały czas się zmienia. Na każdym kroku widać, że coś jest przebudowywane albo powstaje od nowa, ale jednocześnie wciąż istnieją tam stare dzielnice, domy i przestrzenie z przeszłości. Ta transformacja w jakiś sposób wpłynęła zarówno na teksty, jak i na muzykę.

Płytę otwiera zresztą kompozycja nawiązująca do filmu „Ucieczka z kina Wolność”, który był kręcony właśnie w Łodzi. Oglądałam go w czasie sesji nagraniowej. W ogóle mieliśmy wokół siebie sporo życzliwych ludzi, którzy pokazywali nam miasto od podszewki. Właściciel mieszkania zabrał nas na przykład do budynku łódzkiego YMCA — stowarzyszenia młodzieży chrześcijańskiej. Oprowadzał nas po tym starym, dziś na nowo zagospodarowanym gmachu i opowiadał przy okazji historię miasta. Bardzo miło wspominam ten czas. Byłam naprawdę zaskoczona, jak ciekawa może być Łódź.

GS: W jednym z utworów pojawia się też Marsylia. Czy rzeczywiście to jest utwór w jakiś sposób z tym miastem związany?

IR: To taka przenośnia w tym przypadku. Jako że Marsylia to miasto portowe, to kojarzy mi się z otwarciem się na świat, swobodą i wolnością. I o tym ta kompozycja opowiada. Z drugiej strony mamy czekanie w różnych urzędach, albo inne przyziemne sprawy, które gdzieś tam nas przytłaczają. Ja muszę się przyznać, że w Marsylii nie byłam, ale byłam dużo razy we Francji, np na Lazurowym Wybrzeżu. Zawsze kiedy jestem w takich miejscach związanych z morzem, to czuję, jakbym czuła się wolna. Chyba chodzi o to morze. Nieważne czy to jest Morze Bałtyckie, Śródziemne, czy jakiekolwiek inne. Na przykład utwór „Endless Seas” też nawiązuje do tego morza i jest ucieczką. Być może dlatego, że mieszkam na codzień w Poznaniu (śmiech).

GS: Na płycie jest też kompozycja „Butch Vig”, której tytuł nawiązuje do słynnego producenta oraz od ponad 30 lat perkusisty grupy Garbage.

IR: To zostało wykorzystane trochę przewrotnie. Na początku roboczo nazwaliśmy ten utwór „Butch Vig” i ostatecznie ta nazwa już została — trochę jako pamiątka, a trochę jako nawiązanie do naszych licznych dyskusji o Butchu Vigu jako producencie. Istnieje przecież pewna „szkoła producencka” Butcha Viga, który wyprodukował „Nevermind” Nirvany. Na tej płycie nałożył wiele ścieżek gitar i jak na ten zespół album był wręcz przeprodukowany. Kurt Cobain nie mógł tego znieść i wielokrotnie mówił, że nie lubił tej sesji nagraniowej. Z drugiej strony jest podejście Steve’a Albiniego, które stanowi zupełne przeciwieństwo — jest bardziej organiczne, surowe i ascetyczne.

Podczas nagrań często o tym rozmawialiśmy w zespole, a później chyba także z Marcinem. Zastanawialiśmy się, czy Marcin jest bliżej Butcha Viga, czy raczej Albiniego. Mam jednak wrażenie, że Marcin jest po prostu Marcinem, choć przy pracy z nami próbował raczej „albinowskich” rozwiązań — szczególnie jeśli chodzi o brzmienie bębnów i pewną surowość instrumentów. Słychać to zwłaszcza w „Intro” albo w zamykającym album „Stalkerze”.

Pamiątką tych wszystkich dyskusji został właśnie tytuł „Butch Vig”, który pozostał jako robocza nazwa. Uznaliśmy, że fajnie będzie, jeśli przynajmniej jeden utwór na płycie nie będzie tytułem bezpośrednio nawiązywał do tekstu.

GS: Chciałbym zapytać się o Twój warsztat pisarski, bo Twoje teksty bardzo lubię i uważam je za pewien rodzaj poezji rockowej. Jakie są ich źródła Twoich tekstów?

IR: Źródła są różne. Często ktoś pyta, czy dany tekst wynika z osobistych przeżyć. U mnie jednak rzadko zdarza się, żebym wykorzystywał w tekstach coś całkowicie prywatnego. Jeśli pojawia się nawiązanie do konkretnego wydarzenia czy uczucia, to zwykle przeplata się ono z obserwacją tego, co dzieje się wokół nas. Dobrym przykładem jest utwór „Two Sides”. To w dużej mierze komentarz społeczny, ale jednocześnie pojawia się w nim mieszanka tego, co nas otacza, z tym, co sami czujemy i gdzie się znajdujemy. Jest tam choćby wers o moich rodzicach. Śpiewam, że wojna jest matką wynalazków, że napędza rozwój technologii, ale moi rodzice wolą siedzieć w domu i się nudzić. Należą do powojennego pokolenia i dobrze im bez tej ciągłej pogoni za postępem, który tak często wiąże się z wojnami.

W moich tekstach często mieszają się więc obserwacje społeczne z osobistymi. Sygnały z zewnątrz i to, co dzieje się wokół nas, bardzo wpływają na to, o czym piszę. Od pewnego czasu staram się bardziej opisywać rzeczywistość, wplatając w nią własne wątki, ale nie koncentrować się już tak mocno na osobistych przeżyciach, zwłaszcza miłosnych. Może ma to też związek z wiekiem. Są momenty w życiu, kiedy człowiek jest bardzo skupiony na sobie i przeżywa intensywne historie miłosne. Później jednak przychodzi etap większej stabilizacji i zaczyna się dostrzegać zupełnie inne rzeczy, które również mają na nas wpływ. I myślę, że właśnie w takim momencie teraz jestem.

GS: Nie myślałaś, aby zacząć śpiewać po polsku?

IR: Wydaje mi się, że ten zespół na zawsze pozostanie anglojęzyczny. Jeśli miałby się pojawić język polski, musiałby to być już zupełnie inny projekt. Angielski ma tę cechę, że bardzo mocno wpływa na ton i melodię utworu. Żeby wykorzystać język polski, potrzebna byłaby innego rodzaju muzyka – taka, która byłaby tworzona specjalnie pod te słowa.

FOTO: Thomas Von Der Heiden

Powiązane materiały

Izzy and the Black Trees  - Kisses To Chaos
Recenzja

Izzy and the Black Trees - Kisses To Chaos

Drugi album Izzy and the Black Trees, "Revolution Comes In Waves" z 2022 roku, pozostawił po sobie satysfakcjonujący ślad alternatywnej energii i błyskawicznie wyniósł zespół na czołową półkę polskiej sceny. Jednocześnie sam sobie wyznaczył ambitny punkt odniesienia, poprzeczkę zawieszoną wysoko, wobec której ich najnowsze wydawnictwo musi już nie tylko dorównać, ale udowodnić, że tamten sukces nie był jednorazowym strzałem.

Izzy And The Black Trees na trasie po Polsce z nową ep-ką
News

Izzy And The Black Trees na trasie po Polsce z nową ep-ką

Grupa Izzy And The Black Trees" zapowiedziała premierę ep-ki "Go On, Test The System", która ukaże się 5 kwietnia. Jednocześnie zespół zapowiedział serię koncertów w naszym kraju.

Izzy And The Black Trees - Go On, Test the System
Recenzja

Izzy And The Black Trees - Go On, Test the System

Po przebojowej płycie „Revolution Comes in Waves” tym razem grupa Izzy And The Black Trees proponuje czteroutworową ep-kę.

Izzy And The Black Trees
Wywiad

Izzy And The Black Trees

Izzy And The Black Trees na swojej drugiej płycie łączą różne okołorockowe światy w bardzo autorski i bezpośredni sposób. „Revolution Comes In Waves” okazuje się bowiem kluczowym wydawnictwem nie tylko dla samego zespołu, ale również jako jedna z najlepszych rodzimych produkcji tego roku. W poniższej rozmowie cała grupa w osobach wokalistki i autorki tekstów Izy Rekowskiej, gitarzysty Mariusza Dojsa, basisty Łukasza Mazurowskiego oraz perkusisty Mateusza Pawlukiewicza, opowiedziała o procesach konsolidacji wewnątrz grupy, powstawania samej płyty oraz własnym spojrzeniu na polską muzykę.

Izzy And The Black Trees  - Trust No One
Recenzja

Izzy And The Black Trees - Trust No One

"Trust No One" to debiutancki album długogrający grupy Izzy & The Black Trees. Muzyka zespołu budzi skojarzenia z twórczością takich wykonawców jak: Savages, Yeay Yeah Yeahs i Patti Smith.