Karolina Tuz

WywiadZuzia HorowskaKarolina Tuz
Karolina Tuz

Karolina Tuz jest wokalistką i pianistką, aranżerką, kompozytorką i producentką muzyczną, a muzyka jest obecna w jej życiu pod każdym względem i od zawsze! Niedługo po premierze jej płyty „Wyłączam Miasto” porozmawialiśmy o całym procesie powstawania albumu, Karolina zdradziła nam jak przebiegała praca z zespołem, jakie wymagania stawiała samej sobie podczas tworzenia utworów oraz opowiedziała o tym, czym jest dla niej możliwość samodzielnego wydania własnej płyty.

**ZH: Jakie masz zdanie na temat pracy nad własną twórczością, czy jesteś samokrytyczna czy zazwyczaj ufasz tak zwanej „pierwszej myśli” – jeśli chodzi o muzykę? ** KT: Muszę przyznać, że bardzo lubię te pojawiające się pierwsze muzyczne myśli, od tego się zazwyczaj zaczyna muzyczna przygoda z tekstem. Lubię ten niepokój twórczy, gdy siadam do pianina i próbuję ubrać w muzykę tekst, czekam na takie momenty z niecierpliwością. Jednocześnie znając siebie wiem, że pojawi się krytyczne podejście do tego, co wychodzi spod mojego muzycznego pióra. Praca nad piosenką przebiega u mnie w taki sposób, że najpierw dostaję jakiś tekst od jednego z zaprzyjaźnionych poetów i twórców tekstów, po jakimś czasie znam go bardzo dobrze, ten tekst pracuje we mnie i dopiero potem do tego tekstu piszę muzykę, na odwrót zdarza się właściwie bardzo rzadko. Oczywiście miewam przeróżne dylematy związane z tworzeniem, no i tu już pojawia się samokrytycyzm, zaczynam drążyć temat i szukam przysłowiowej „dziury w całym”.Na przykład, czy ta konkretna muzyka oddaje klimat danego tekstu bo jeśli chodzi o mnie, zawsze tak jest, że szukam w tekście czegoś, co mnie porusza i staram się oddać ten klimat muzyczną energią. Teksty mają zawsze jakieś swoje zabarwienie, klimat, jakieś swoje „środowisko”, w którym trzeba się najpierw umiejętnie odnaleźć, a potem jeszcze poruszać muzycznie. I bywa tak, że od początku jestem do danej muzyki bardzo przekonana, i choćby ktoś wtedy miał nawet odmienne zdanie od mojego dotyczące tego, jak to brzmi, będę obstawała przy swoim zdaniu. A czasami bywa tak, że do jednego tekstu napiszę jedną, potem kolejną a następnie jeszcze inną muzykę i dopiero ta ostatnia zostaje. Niejednokrotnie miewałam sytuację, że nad jakąś muzą pracowałam dosyć długi czas, zanim całość piosenki zyskała ostateczny kształt. Ile piosenek, tyle przeróżnym sytuacji twórczych:) Jedna rzecz łączy te wszystkie moje próby napisania najlepszej piosenki – tak długo dłubię, zastanawiam się, sprawdzam, słucham danej piosenki, aż jestem w 100% przekonana, że to jest to, o co mi chodziło. Inaczej piosenka nie wychodzi z tak zwanej szuflady, nie daję jej szansy na to, by wspólnie z zespołem na próbie nad nią popracować. Podsumowując, praca nad własną muzyką daje mi ogromną satysfakcję i radość, nie wyobrażam sobie innej drogi muzycznej.

ZH: Twój album „Wyłączam miasto” powstawał dosyć długo. Możesz zdradzić co najbardziej wpłynęło na to i czy uważasz, że czas poświęcony na pracę nad płytą był dla Ciebie motywacją czy może odczuwałaś presję, zarówno od tak zwanego „otoczenia”, jak i w odniesieniu do perfekcyjnego brzmienia utworów?

KT: Hmmm... Oto pytanie, w którym właściwie jest zawarte wszystko, co przeżywałam w związku z pracą nad płytą. Motywująca była sama praca w naszym studiu, nagrywanie kolejnych partii muzycznych, praca ze wspaniałymi muzykami z zespołu, cały proces twórczy. Gdybym teraz mogła wrócić do tego właśnie, już bym siedziała w studiu, bo możliwość dosłuchiwania się różnych rzeczy w nagraniach, praca nad tym, to coś absolutnie fantastycznego, co daje mi ogromną satysfakcję. Poza tym praca w domu jest po prostu stanem idealnym, kawa, spokój, nieograniczony czas w studiu, twórcze pogaduchy z muzykami, nieograniczone możliwości nagraniowe, realizacja wszystkich muzycznych pomysłów, jakie tylko przychodzą do głowy mi lub kolegom z zespołu, w międzyczasie jakieś jedzonko, znowu kawa, słowem same fajne rzeczy. Kolejnym etapem, który zawsze przychodził do tego idealnego świata studyjnego, były pojawiające się dylematy, których ja miewałam sporo jako osoba odpowiedzialna za kształt brzmieniowy tej płyty: czy tak zostaje na płycie, czy inaczej do danego momentu muzycznego podejść, z czego rezygnujemy, co zostaje itd. Bywały momenty zwątpienia, bo nagle od jakiejś frazy czy konkretnej partii muzycznej zaczynało wiele zależeć i trzeba było podejmować trudne decyzje typu co jest ważniejsze, gitara, chórek, czy cokolwiek innego. Więc miałam momenty trudniejsze, sama przed sobą czułam presję, by wszystko brzmiało jak najlepiej, szukałam tego idealnego brzmienia i nie zostawiałam sobie miejsca na jakikolwiek słabszy moment na płycie. Do tego dochodziła oczywiście chęć i presja skończenia płyty jak najszybciej, terminy zaczynały nas gonić, a życie - wiadomo – weryfikowało skutecznie plany wszelakie, zwłaszcza te czasowe... Więc bywało trudno również.

ZH: jak wspominasz pracę z Twoim zespołem podczas tworzenia albumu? Masz też w składzie mocne wsparcie w postaci Twojego męża. Czy podczas trudniejszych momentów w studiu było ono dla Ciebie budujące?

KT: Mam wspaniały zespół, z którym pracujemy już od wielu lat, i to z nimi właśnie wspólnie nagraliśmy muzykę, czyli Włodek Tuz – flet, Mateusz Pęciak – akordeon i syntezatory, Tomek Karmiński – gitary, Janusz Lewandowski – bas, kontrabas, ja zaśpiewałam zagrałam na rhodesie, hammondzie i pianie oraz nagrałam wszystkie chórki. I tu muszę wspomnieć o gościnnym udziale perkusisty Bartosza Niebieleckiego, ponieważ wtedy jeszcze byliśmy na etapie poszukiwania stałego perkusisty do zespołu. Bartek nagrał mi bębny do wszystkich piosenek na płycie i to właściwie była ta część nagrań, która odbyła się nie u nas w studiu, tylko właśnie u Bartka, pozostałe rzeczy zostały już nagrane u mnie w studiu. Tomek Majewski nagrał perkusjonalia, a Michał Tuz zaśpiewał męskie chórki. Praca z takimi muzykami to coś absolutnie wyjątkowego, to wiele różnych inspirujących doświadczeń studyjnych, to zjedzona z nimi przysłowiowa beczka soli. To są ludzie, którzy mają wiele do zaproponowania muzycznie ale również wiele serca włożyli w te nagrania. Brzmienie tej płyty to taka suma naszych inspiracji muzycznych oraz w ogóle doświadczeń muzycznych, które każdy z nas miał na swojej drodze. I tu dodam, że Włodek – flecista, a prywatnie mój mąż, był dla mnie niezwykłym wsparciem podczas wszystkich moich dylematów muzycznych, radości i smutków z tym związanych, to człowiek, z którym jesteśmy w tym razem – i to jest chyba najważniejsze.

ZH: Album „Wyłączam Miasto” domową atmosferę ma wpisaną w środek. Dlaczego zdecydowałaś się nagrać niektóre elementy w Waszym domowym studio i czy nie bałaś się, że na przykład technicznie coś będzie brzmiało inaczej niż w studiu profesjonalnym?

KT: To taka niesamowita sprawa z tym nagrywaniem w domu. Muszę powiedzieć, że to sprawka Marcina Samarzewskiego, który jest autorem miksów na tej płycie.. Z Marcinem współpracuję jeszcze od czasu nagrywania płyty Pola Lawendowe i późniejszych dwóch Epek. To właśnie Marcin przez kilka dobrych lat namawiał mnie do podjęcia się samodzielnego nagrywania. I ja ciągle powtarzałam, że nie, że ja się do tego nie nadaję. Aż pewnego razu, wracając właśnie ze studia od Marcina, nagle coś zaskoczyło, stwierdziłam, że chyba musimy kupić sprzęt do nagrań, bo...będę nagrywać wszystko sama, ponieważ jestem już na to gotowa. I tak się zaczęła moja przygoda ze studiem, to był gdzieś 2018 rok, zaopatrzyliśmy się w profesjonalny sprzęt do nagrań studyjnych i zaczęłam się przedzierać przez te wszystkie zawiłości studyjne. Tu również chciałabym dodać, że miałam niezwykłe wsparcie właśnie od Marcina Samarzewskiego w pracy studyjnej, od muzyków Tomka Karmińskiego i Mateusza Pęciaka, a potem również od Marka Nowaka (naszego realizatora dźwięku podczas koncertów), z którego znakomitych sprzętów nagraniowych mogłam skorzystać. A co do samego brzmienia płyty, to chciałabym powiedzieć, że od wielu dziennikarzy muzycznych i miłośników muzyki słyszę same pozytywne komentarze dotyczące brzmienia tej płyty, więc myślę, że jednak udało nam się zrobić kawał dobrze brzmiącej muzy.

ZH: Z pewnych źródeł wiem też, że Twoja przygoda ze śpiewaniem zaczęła się dosyć spontanicznie. Dlaczego wcześniej nie widziałaś siebie przed mikrofonem i czy zastanawiasz się czasem, co by było, gdybyś jednak nie podjęła tej „spontanicznej przygody”?

KT: Ja zawsze myślałam o sobie jako o osobie, która jest po prostu muzykiem, pianistką, aranżerem, że jestem częścią zespołu akompaniującego, byłam również kierownikiem muzycznym wielu różnych przedsięwzięć muzycznych i taką siebie właśnie widziałam, raczej na drugim planie, w służbie na przykład wokaliście. Ale gdy zaczęłam już pisać piosenki, pojawił się właśnie taki problem, że tej wokalistki nie mieliśmy i trzeba było ją znaleźć. Zrealizowałam wtedy pilotażowe nagranie wokalu do podkładu w celu znalezienia odpowiedniej kandydatki. I to był ten moment, kiedy koledzy z zespołu stwierdzili, że „po co my szukamy wokalistki, jak mamy wokalistkę”. Muszę powiedzieć, że nie było mi łatwo, ponieważ bardzo broniłam się przed śpiewaniem, nie widziałam siebie na środku sceny, wolałam moje poprzednie miejsce, więc sama ze sobą musiałam stoczyłam walkę o moje nowe miejsce w zespole. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że wtedy nie zrezygnowałam , bo śpiewanie daje mi możliwość zaprezentowania tych piosenek dokładnie takimi, jakimi je słyszę jako ich twórca, wyśpiewać te teksty na scenie zgodnie z moim odczuwaniem ich - to jest wspaniałe!

ZH: Gdybyś mogła wrócić do pierwszego dnia pracy nad „Wyłączam miasto” i powiedzieć sobie coś z perspektywy osoby, która zna już efekt końcowy, co by to było? Czy jest jakaś decyzja artystyczna, której dziś podjęłabyś się inaczej?

KT: Powiedziałabym sobie: Więcej odwagi, dasz radę...

ZH: Wydałaś swój album całkowicie niezależnie. Czy ta stuprocentowa kontrola była/jest dla Ciebie wolnością, czy bałaś się, że coś w kwestiach wydawniczych pójdzie nie tak?

KT: Jeśli chodzi o samą muzyczną stronę wydawnictwa, to mam poczucie, że jest to bardzo dobrze zrobiona producencko płyta, nie mam pytań. To, że mogłam sama wraz z kolegami z zespołu o wszystkim muzycznie decydować, to nasze wielkie szczęście i spełnione marzenie. Płyta ma też bardzo ciekawą szatę graficzną, którą zaprojektował nam Bartek Sroka. Więc w tych kwestiach wszystko mogło wyglądać dokładnie tak, jak tego chcieliśmy i to, uważam, jest fantastyczna sprawa. Natomiast w kwestiach wydawniczych samego krążka spotykały nas różne nieprzewidziane sytuacje, bywało tak, ze kompletnie nie mieliśmy wpływu na to, że goniły nas już terminy, a nie mogliśmy zrobić niczego, co mogło przyspieszyć wydanie płyty. Praktycznie płyta dotarła do nas dokładnie w przeddzień naszego wyjazdu do Warszawy na premierę płyty, więc trochę nerwów było, zwłaszcza Włodek, który jest osobą odpowiedzialną za proces wydawniczy płyty, niósł ten ciężar.

ZH: Na płycie znalazł się duet „Jest mi dobrze tu” z Krzysztofem Napiórkowskim. Co sprawiło, że właśnie jego zaprosiłaś do tego utworu? Jak wspominasz wspólne nagranie tego utworu?

KT: Z Krzysztofem znaliśmy się od dawna, choć początkowo była to relacja wyłącznie wirtualna. Śledziliśmy wzajemnie swoją twórczość i rozmawialiśmy przez Messengera o tym, że fajnie byłoby kiedyś stworzyć coś razem. Gdy praca nad naszą nową płytą ruszyła już na dobre, zaproponowałam mu wspólne zaśpiewanie i zagranie utworu „Jest mi dobrze tu”. Od razu poczułam, że ta kompozycja idealnie pasuje do jego wrażliwości i świetnie sprawdzi się w duecie. Krzysztof posłuchał demówki, piosenka bardzo mu się spodobała i szybko umówiliśmy się na sesję w naszym studiu. Pewnego wczesnowiosennego poranka Krzysztof zawitał do nas i niemal natychmiast ruszyliśmy do pracy. Najpierw usiedliśmy przy pianinie, by zaaranżować nasze wspólne linie wokalne, a później rejestrowaliśmy już jego partię przed mikrofonem. Pracowało nam się wyjątkowo lekko i twórczo – to był niesamowicie owocny czas. Dzięki jego obecności utwór nabrał wyjątkowego klimatu i zyskał nową, ciekawą perspektywę.

ZH: Na koniec standardowe pytanie o marzenia – zakończyłaś długi proces pracy nad płytą. Co obecnie jest Twoim największym celem na muzycznej liście?

KT: Po pierwsze: grać koncerty – to jest moje i nasze jako zespołu wielkie marzenie. Tęsknimy do tych emocji związanych z koncertowaniem. Kolejna moja wielka tęsknota to zatopić się w nowych tekstach i pisać do nich muzykę, pisać, pisać i pisać....I...znowu wejść do studia, wrócić do tego dobrze mi znanego stanu twórczego niepokoju, mieć te wszystkie dylematy, czy tak czy może inaczej ułożyć muzykę, szukać ideału – do upadłego. I najważniejsze: odpocząć.... Odetchnąć, bo tego oddechu ostatnio mocno brakowało w naszym życiu, i choć niczego absolutnie nie żałuję w pracy nad płytą czy ogólnie przy płycie, przysłowiowy „wyjazd w Bieszczady” bardzo by się przydał.

Powiązane materiały