Leo Pik

Leo Pik, to kompozytor, autor tekstów, multiinstrumentalista i producent muzyczny. Właśnie ukazał się jego pierwsza solowy album zatytułowany „Bez zakłóceń”, który łączy w sobie nośne brzmienia gitarowe z łagodnymi i równie melodyjnymi wokalami. Leo ma już za sobą debiut koncertowy z materiałem z płyty, a w poniższej rozmowie opowiedział mi o kulisach jej powstawania.
MM: Materiał na "Bez zakłóceń" powstawał przez kilka lat. Był jakiś jeden bezpośredni impuls, który sprawił, że zacząłeś pracę nad tą płytą?
LP: Właściwie tych impulsów było sporo, ale z jakiegoś powodu nie wszystkie zbiegły się w jednym miejscu, w jednym czasie i trochę to trwało, zanim połączyłem kropki. Wiedziałem, że mam materiał, wiedziałem, że chcę nagrać album, ale ponieważ nigdy wcześniej tego nie robiłem samodzielnie, musiałem poznać mechanizmy i kolejne kroki, jakie muszę podjąć, by rozpocząć i skończyć ten cały proces. W trakcie prac pojawiały się nowe wyzwania, sporo logistyki, muzycy, studia nagrań, proces aranżacji, produkcji, miksu. Niezwykle ciekawa przygoda.
MM: Od czego więc zacząłeś ten proces?
LP: Materiał powstał bardzo szybko, bo w zaledwie 2 miesiące. Dosłownie 3 utwory miałem przygotowane wcześniej i uznałem je za tyle istotne, że zdecydowałem się dodać je do albumu. Te kilka lat, to właśnie bardziej mój proces mentalny, pokonywanie własnych słabości, próby i błędy. Początek polegał na tym, by ustalić z samym sobą, z kim chciałbym współpracować w procesie pracy nad albumem. Ponieważ jestem gościem, który do niedawna miał bardzo idealistyczne, oldschoolowe podejście, że do nagrania potrzebny jest zespół kolegów, próby, spotkania, kumpelstwo, trochę zajęło mi zrozumienie, że dzisiaj to działa trochę inaczej. Teraz materiał ogrania się z producentem, a następnie zaprasza się muzyków do studia i gotowe. Długo zajęło mi pogodzenie się z tym faktem.
MM: Kogo zaprosiłeś do tworzenia i nagrań?
LP: Produkcyjnym mózgiem całego albumu jest Łukasz Chyliński, którego od lat cenię szczególnie za jego niesamowity talent w grze na gitarze. Pierwotnie Łukasz miał zagrać tylko partie gitarowe. Na początku pracowałem nad materiałem w trio [bębny, bas, gitara + wokal]. Po pewnym czasie okazało się, że sekcja rytmiczna się rozpadła i od tego momentu zacząłem współpracę z Łukaszem również w zakresie produkcji. On jest świetnym multiinstrumentalistą i poza gitarami nagrał również bas i wszystkie partie klawiszowe [piana, rhodesy, hammondy i synthy etc.] Na bębnach w studiu zagrał Kuba Kinsner. Ja zaśpiewałem wszystkie partie wokalne. Warto dodać, że współtwórcą muzyki do dwóch numerów jest Kacper Popek, z którym stworzyliśmy wspólnie „To też minie” oraz „Śpiewającego chłopca”. Gitary akustyczne nagraliśmy u Krisa Górskiego w studiu Audioplanet, bębny zrealizował Paweł Marciniak w świetnym studiu The Boogie Town. Miksy i mastery zrealizował Robert Szydło, a wokale nagraliśmy w studiu u Łukasza.
MM: Wszystkie melodie są Twojego autorstwa?
LP: Tak, wszystkie melodie są mojego autorstwa i zostały niemal niezmienione od pierwszych nagrań demo. Podczas ostatecznych nagrań Łukasz zasugerował raptem zmianę kilku nut w głównych wokalach. Sporo cennych kontrapunktów wprowadził też oczywiście w warstwie aranżacyjnej i w chórkach, które są ważną częścią aranżacji wielu numerów.
MM: A jak było z tekstami? Na którym etapie powstawały?
LP: U mnie teksty powstają na samym początku procesu i są one dla mnie bardzo ważnym elementem, który jest fundamentem do budowania na nich melodii. Bardzo lubię pisać chwytliwe melodie. Jeden z moich kolegów zażartował sobie nawet, że są trochę jak Italo Disco, co akurat w kwestii samych melodii poczytuję jako atut (śmiech).
MM: Pytam, bo po dość energetycznym początku ten album łagodnieje i po prostu sobie płynie...
LP: Mam wrażenie - a przynajmniej sam tak to sobie wyobraziłem - że wszystkie historie opowiedziane na płycie mają swoją uzasadnioną koncepcyjnie kolejność. Chciałem, by klimaty się przeplatały od dynamicznych, przez bardziej łagodne, trochę też eksperymentalne brzmieniowo, jak np. w „Dotykam nieba”, czy „Śpiewający chłopiec”. Zależało mi na tym, by utwory miały różnorodne odcienie w swoich aranżacjach. Choć z natury jestem raczej spokojnym człowiekiem, czasami lubię podzielić się ze światem dobrą dawką energii i entuzjazmem, bo uważam, że życie, którego przyszło nam tu doświadczać, to wspaniała przygoda. A jak to bywa w takich historiach – są momenty akcji i momenty wyciszenia. Wzloty i upadki. W finalnym jednak efekcie żaden kryzys nie może się zmarnować i staram się wyciągać pozytywne wnioski wszędzie, gdzie się da. Więc tak – finalnie moją intencją jest łagodność (śmiech).
MM: Najbardziej zaskakuje ostatni utwór na płycie - "Zacznijmy od nowa", bo brzmi jak dwie kompletnie różne piosenki w jednej. Skąd taki pomysł?
LP: Bardzo cenna obserwacja, która pokazuje, że zamierzona intencja osiągnęła efekt. Tylko dwie? (śmiech) Ten utwór jest swojego rodzaju zabawą z formą. Brzmienie rolki ze starego projektora filmowego daje początek i poczucie, że czas jest gdzieś daleko w przeszłości. Rozstrojone pianino pokazuje wręcz komiczny wydźwięk historii, która jest już miniona, choć miało być inaczej … Bridge utworu jest zachowany w swojej lekko syntetycznej, enigmatycznej wręcz formie, a na koniec mamy już zabawę brzmieniami w wielu wymiarach i następuje przeniesienie narracji dźwiękowej w bardziej futurystyczne, niezdefiniowane miejsca, które każdy słuchacz może osadzić w swojej własnej wyobraźni. Ja na przykład na samym końcu widzę i słyszę latające smoki (śmiech).
MM: Zagrałeś już pierwszy koncert promujący płytę. Będą kolejne?
LP: Tak, pierwszy koncert zapowiadający premierę płyty odbył się pod koniec kwietnia w Wawerskim Centrum Kultury, filia Radość. Miałem wielkie szczęście pierwszy raz w życiu poczuć, co to znaczy ‘sold out’ i pełna sala ludzi, którzy przyszli posłuchać mojej muzyki, moich tekstów – po prostu pobyć z tymi dźwiękami przez 2 godziny. Było to dla mnie bardzo symboliczne wydarzenie w symbolicznym miejscu. Koncert wraz z organizatorami nazwaliśmy „Leo Pik Unplugged - Twoja Radość”, co nawiązywało do singla pt. „Twoja Radość”, który miał premierą kilka dni później. Radość to też dzielnica na warszawskim Wawrze, na którym mieszkam, więc była to dla mnie kumulacja dobrych zbiegów okoliczności. Najbliższe koncerty w Warszawie już we wrześniu i w październiku, a rozmowy o dalszych terminach trwają, więc odpowiadając krótko – tak, będę koncertował.
MM: Planujesz wydanie tej płyty na winylu?
LP: W tej chwili fizycznie dostępna jest tylko wersja CD, ale niewykluczone, że jeżeli będą pojawiać się takie pytania częściej, pojawią się też winyle. Czuję, że tak się stanie (śmiech).
