Liver

Pandemia była dla nich początkiem, a nie końcem. Zespół Liver wyrósł z rodzinnej pasji do grania, by kilka lat później wydać album „W Niepamięci” – płytę, na której rockowa energia spotyka się z prostymi, ale poruszającymi tekstami. O wspólnym graniu z ojcem, inspiracjach płynących z Bieszczad i muzyce, która ma wywoływać prawdziwe emocje, Szymon Grela opowiedział Ewelinie Marek.
Ewelina Marek: Liver powstał właściwie w samym środku pandemii. Był 2020 rok, czas dość trudny zarówno społecznie, jak i psychicznie. Ludzie byli już zmęczeni izolacją i kolejnymi ograniczeniami. Zastanawiam się, czy w waszym przypadku również odegrała jakąś rolę. Czy to właśnie potrzeba tworzenia i tęsknota za normalnością sprawiły, że postanowiliście założyć zespół? A może był to po prostu zbieg okoliczności?
Szymon Grela: Myślę, że u nas był to raczej zbieg okoliczności. Tata, Mirek Grela, namówił mnie do powrotu do instrumentu, bo obaj mieliśmy dość długą przerwę od grania. Ja od dziecka komponowałem, więc materiał w dużej mierze był już gotowy. Początkowo planowaliśmy nagrać jedynie demo z kilkoma utworami, żeby pokazać je klubom i zacząć koncertować. Ostatecznie wyszła z tego EP-ka. Paradoks polegał na tym, że debiut przypadł na moment, w którym koncertów praktycznie nie było. Wszystko odwoływano. Mimo to udało nam się nagrać materiał i wypuścić go w świat. Przy pracy nad albumem „W Niepamięci” podeszliśmy już do wszystkiego znacznie bardziej świadomie i dopracowaliśmy każdy element.
EM: Jak wygląda granie z własnym ojcem?
SG: To przychodzi nam bardzo naturalnie. Poza zespołem prowadzimy razem niewielki rodzinny biznes, więc od dawna jesteśmy przyzwyczajeni do wspólnej pracy. Nasza relacja bardziej przypomina przyjaźń niż typową relację ojca z synem. Jest moim najlepszym kumplem, a ja jego. Wiemy o sobie praktycznie wszystko. Oczywiście, jak w każdej współpracy, zdarzają się spięcia, ale bardzo szybko potrafimy dojść do porozumienia i znaleźć wspólny język.
EM: W jednym z wcześniejszych wywiadów wspominałeś, że wasza twórczość przeszła też pewną językową ewolucję. Zaczynaliście od utworów po angielsku, ale ostatecznie postawiliście na język polski. Mówiłeś, że przełomem okazał się odbiór pierwszej polskojęzycznej piosenki.
SG: Tak, dokładnie.
EM: Czy to właśnie reakcja publiczności sprawiła, że cały album powstał po polsku? Nie rozważaliście zostawienia części utworów po angielsku?
SG: Nie chcieliśmy mieszać języków. Szybko zauważyliśmy, że utwory śpiewane po polsku niosą się zdecydowanie lepiej. Publiczność śpiewa razem z nami, angażuje się w koncerty i po prostu mocniej przeżywa te piosenki. Kiedy gramy w ojczystym języku, każdy rozumie tekst i może się z nim utożsamić.
EM: Kiedy poczuliście, że materiał jest już gotowy? Był taki moment, w którym powiedzieliście sobie: „To jest ten moment”, czy jednak towarzyszyła wam presja, że płytę po prostu trzeba już wydać?
SG: Raczej nie odczuwaliśmy presji czasu. Zależało nam na tym, żeby wszystko spokojnie dopracować. W międzyczasie zmienił się skład zespołu, a wraz z nim ewoluowały także aranżacje. Dwa albo trzy utwory w ogóle nie istniały jeszcze na etapie anglojęzycznej wersji materiału. Powstały później, nagraliśmy je i ostatecznie trafiły na płytę. Mam poczucie, że na tamtym etapie daliśmy z siebie wszystko. Oczywiście dziś pewnie zmienilibyśmy jeszcze wiele rzeczy, ale tak jest chyba z każdym albumem. To właśnie sprawia, że ma się ochotę tworzyć kolejne płyty i iść dalej.
EM: Mam wrażenie, że ta płyta ma dwa oblicza. Muzycznie jest bardzo przystępna. To rock, którego po prostu dobrze się słucha. Jednocześnie teksty poruszają poważne tematy i silne emocje. Są napisane prostym językiem, ale właśnie dlatego trafiają prosto do serca. Dziś to wcale nie jest oczywiste. Coraz częściej ukrywamy emocje albo zakładamy maski. Czy podczas koncertów zauważyłeś, że wasze utwory pomagają ludziom otworzyć się na własne uczucia?
SG: Zdecydowanie tak. Było już wiele sytuacji, kiedy pod sceną pojawiały się łzy, ale też śmiech i radość. To jest właśnie najpiękniejsze. Niezależnie od tego, czy mówimy o muzyce, malarstwie czy jakiejkolwiek innej sztuce, chodzi o to, żeby poruszyć w człowieku emocje. Jeśli nam się to udaje, to znaczy, że ta muzyka spełnia swoją rolę.
EM: Który utwór z albumu jest tobie najbliższy?
SG: W każdym z utworów jest coś osobistego, chociaż nie wszystkie opowiadają wyłącznie o mnie. Część tekstów powstała z inspiracji historiami znajomych albo ludzi, których losy gdzieś usłyszałem. Są też elementy fikcji, które pomagają zbudować opowieść. Jeśli miałbym wskazać ulubiony utwór, byłby to „W Niepamięci”. A najbardziej osobisty? Myślę, że w każdym z nich zostawiłem jakiś fragment siebie.
EM: Przez kilka utworów przewija się temat samotności. Zastanawiam się, czy jest to uniwersalna opowieść o człowieku, czy raczej odbicie twoich własnych doświadczeń.
SG: Jedno i drugie. Część tych tekstów wynika z moich przeżyć, ale wiele emocji jest po prostu uniwersalnych. Nigdy nie pisałem z myślą, żeby stworzyć tekst, z którym każdy będzie mógł się utożsamić. To wychodziło naturalnie. Większość utworów wyrasta z osobistych doświadczeń. A jeśli chodzi o samotność, to myślę, że jest ona czymś bardzo złożonym. Ja akurat lubię samotność. Nie zawsze oznacza ona coś złego. Mam rodzinę i dziecko, więc nie mogę powiedzieć, że jestem samotny. Mimo to, jak chyba każdy, czasem doświadczam tego uczucia. I właśnie takie momenty również znalazły swoje miejsce w tych piosenkach.
EM: Większość utworów opowiada o emocjach w sposób uniwersalny, natomiast finałowa kompozycja „Nie zmieniaj się” jest bardzo osobista. Pojawiają się w niej wasze rodzinne Bieszczady, ale także poruszający ukłon w stronę Michała Giercuszkiewicza „Giera”, postaci doskonale znanej w środowisku muzycznym nie tylko z działalności w Dżemie i innych zespołach, lecz również z historii walki z uzależnieniem od heroiny. Czy Ty albo Twój tata mieliście okazję poznać Giera osobiście?
SG: Niestety nie. Gieru zmarł, zanim zaczęliśmy koncertować na scenie jego imienia. Co roku gramy jednak kilka koncertów w Zagrodzie ŻBYR w Werlasie. Tuż obok stoi tratwa, na której mieszkał, a my występujemy na scenie noszącej jego imię. Jest tam także muzeum poświęcone Michałowi. Sama historia tego miejsca bardzo nas poruszyła. Natomiast nasz perkusista, Marek Myśliwy, znał Giera osobiście. Jako kilkuletni chłopak uczył się u niego gry na perkusji. Gieru był nawet obecny na jego Pierwszej Komunii Świętej. To właśnie on zaszczepił w Marku pasję do tego instrumentu. My niestety nie mieliśmy już szansy go poznać.
EM: Mimo wszystko ta historia mocno was dotknęła. Można odnieść wrażenie, że w pewnym sensie nadal dzielicie tę samą przestrzeń i tę samą muzyczną energię Bieszczad.
SG: Mieszkamy trochę dalej, ale klimat jest bardzo podobny. Jest dużo zieleni, spokoju i bliskości natury.
EM: Pamiętam, że pochodzicie z Frysztaka.
SG: Tak.
EM: Bieszczady są chyba dla was czymś więcej niż tylko miejscem na mapie. To dom, źródło inspiracji i ważna część muzycznej tożsamości. A ja przewrotnie zapytam: czy życie w takim miejscu ma w ogóle jakieś minusy?
SG: Ma i są one bardzo praktyczne. Przede wszystkim odległości. Dostęp do klubów i większych koncertów jest ograniczony. Kiedy ostatnio jechaliśmy do Krakowa, musieliśmy pokonać około dwustu kilometrów. Podobnie wygląda to z naszymi koncertami. Chcielibyśmy grać w całej Polsce, ale z Podkarpacia wszędzie jest po prostu daleko. To chyba największa niedogodność.
EM: Skoro jesteśmy przy Bieszczadach, muszę zapytać jeszcze o KSU. Czy poza wspólnym regionem łączy was z zespołem coś więcej?
SG: Marek miał okazję zagrać z KSU, kiedy miał zaledwie dziesięć lat. Wystąpił z nimi podczas urodzin zespołu. Do dziś zachował archiwalne nagranie, jeszcze zgrane z kasety VHS. Razem wykonali utwór „Ustrzyki”, a Marek zagrał go przed naprawdę dużą publicznością.
EM: A sama bliskość natury nadal wpływa na to, jak piszesz i komponujesz? Szukasz inspiracji na zewnątrz, czy raczej zamykasz się we własnym świecie?
SG: Obecnie mieszkam w Krośnie, więc wygląda to już trochę inaczej. To niewielkie miasto, mieszkam w bloku i najczęściej tworzę po prostu w swoich czterech ścianach.
EM: Domyślam się, że Bieszczady z dzieciństwa wciąż są w tobie obecne.
SG: Zdecydowanie. To miejsce, do którego wracam, kiedy chcę odpocząć i uporządkować myśli. Wystarczy wyjść z domu, przejść kilkanaście minut i jestem nad rzeką. Cisza, zieleń i szum wody naprawdę pomagają oczyścić głowę.
EM: Wcześniej wspomniałeś o festiwalu Tratwa Blues Festival. To miejsce chyba ma już dla was szczególne znaczenie.
SG: Zdecydowanie.
EM: Czy wiadomo już coś o tegorocznej edycji?
SG: Oficjalny program chyba jeszcze nie został ogłoszony, ale festiwal odbędzie się w ostatni weekend września. My zagramy 27 września, podczas koncertu finałowego.






