Marc Almond

WywiadEwelina Marek
Marc Almond

Marc Almond, książę nastroju, dekadencji i piękna, wciąż pozostaje sobą. Po ponad czterech dekadach kariery nadal wymyka się etykietom, a jego muzyka potrafi być jednocześnie mroczna i euforyczna. Przed premierą nowego albumu Soft Cell „Danceteria” oraz występem 24 października na Festiwalu Soundedit w Łodzi rozmawiamy z nim o przeszłości, Dave’ie Ballu, wolności artystycznej i tym, dlaczego prawdziwy artysta nigdy nie powinien bać się zmiany.

Ewelina Marek: Marc, przez całą swoją karierę opierałeś się muzycznym etykietom. Czy uważasz, że daje to artystom wolność, czy też czasami utrudnia im znalezienie swojego miejsca na scenie?

Marc Almond: Myślę, że jedno i drugie. Z pewnością fani mogą mieć problem z utożsamieniem się z niektórymi twoimi utworami z powodu braku spójności.

EM: Powiedziałeś kiedyś, że śpiewanie cudzych piosenek uwalnia cię od własnego bagażu. Czy to znaczy, że piosenka napisana przez kogoś innego może być dla artysty bardziej osobista niż jego własna?

MA: Oczywiście, że tak. Świetna piosenka pozostawia pole do interpretacji i często może rezonować z innymi wokalistami, którzy doświadczają emocji w niej wywołanych, podczas gdy autor mógł jedynie zgadywać te emocje.

EM: Jacques Brel, Juliette Gréco, Scott Walker, Nico, Lou Reed, Marc Bolan – pod wpływem tych inspiracji stworzyłeś coś, czego nie da się sprowadzić do sumy poszczególnych elementów. Ciekawe w którym momencie inspiracja przestaje być hołdem, a staje się kradzieżą. Czy artysta w ogóle powinien bać się „kradzieży”?

MA: Absolutnie nie. Myślę, że wszystko, co robimy, jest wtórne. Genealogię twórczości wszystkich wymienionych przez ciebie artystów można prześledzić na przestrzeni pokoleń. Mój menedżer zawsze powtarza:_ „Nieważne skąd pochodzisz, ale dokąd prowadzisz”._ Każda sztuka jest produktem tego, co było przed nią.

EM: Cover „Tainted Love” autorstwa Era Cobba uczynił z ciebie gwiazdę na skalę światową, ale potem wielokrotnie wybierałeś o wiele bardziej ryzykowne artystycznie ścieżki. Czy sukces kiedykolwiek próbował cię przekonać, byś stał się kimś, kim nie jesteś?

MA: Za każdym razem, gdy ktoś zostaje wystawiony na publiczną sławę, prawie na pewno przechodzi przemianę. Stratosferyczny sukces „Tainted Love” zmienił ludzi wokół mnie bardziej niż mnie. Stałem się bardziej ostrożny i introwertyczny, być może w ramach mechanizmu obronnego, by przetrwać.

EM: Masz niezwykłą relację z przeszłością: wracasz do Brela, Brechta, rosyjskich romansów, muzyki lat 60. i własnych wcześniejszych nagrań. Przeszłość jest archiwum, z którego czerpiesz, czy miejscem, w którym nadal żyjesz?

MA: Jedno i drugie. Osiągasz pewien wiek i przeszłość zaczyna nabierać dla ciebie większego sensu. To się zdarza każdemu. Stajemy się obcy teraźniejszości i zakotwiczamy się w bezpiecznym miejscu przeszłości, którą znaliśmy.

EM: Co Twoim zdaniem zachodni artysta może naprawdę zrozumieć w innej kulturze, a czego nigdy nie powinien udawać, że rozumie?

MA: To ciekawe pytanie. Mam nadzieję, że przynajmniej spróbujemy zrozumieć jak najwięcej o naszych kulturach, abyśmy mogli wnieść więcej empatii do naszego życia.

EM: Od dekad jesteś jednocześnie artystą undergroundowym i częścią kultury popularnej. Muzyka mainstreamowa potrzebuje dziś undergroundu czy to raczej underground potrzebuje mainstreamu?

MA: Powinna istnieć między nimi równowaga. Underground karmi mainstream innowacją i kreatywnością, a mainstream go poszerza, być może. To symbiotyczna relacja, nie zawsze korzystna dla obu stron.

EM: W Twojej twórczości piękno bardzo często współistnieje z dekadencją, erotyzmem, samotnością i śmiercią. Co myślisz o tym, że sztuka bez odrobiny mroku jest po prostu mniej prawdziwa?

MA: Nie sądzę, żeby sztuka wymagała mroku ani szczerości, ale głęboko opiera się na emocjach i szczerości. Jeśli sztuce brakuje wewnętrznego poczucia prawdy, często wydaje się pusta.

EM: Twoja kariera pokazuje, że artysta może mieć ponad 40 lat historii i wciąż się zmieniać. Twoim zdaniem artysta powinien przede wszystkim rozwijać swój styl, czy też mieć odwagę, by go od czasu do czasu zniszczyć?

MA: Samodestrukcja, na pewnym poziomie, wydaje się być wspólną cechą artystów, którzy w pewnym momencie życia doświadczają tego zjawiska. Po odniesieniu sukcesu największym wyzwaniem jest jego utrzymanie, a zmiana jest często jedyną dostępną opcją.

EM: Kiedy śpiewasz dzisiaj piosenkę, którą wykonywałeś czterdzieści lat temu, to nadal śpiewa ją ten sam Marc Almond, a może jest to już rozmowa dwóch różnych osób?

MA: To ta sama piosenka śpiewana przez osobę, która się zmieniła, ale piosenka pozostaje ta sama.

EM: Pracowałeś zarówno z supergwiazdami popu, jak i z najbardziej radykalnymi postaciami muzyki eksperymentalnej. Czego nauczyłeś się od artystów, którzy byli twoimi całkowitymi przeciwieństwami?

MA: Wszyscy jesteśmy tacy sami, zmagamy się z naszymi kompleksami i demonami. Ostatecznie to show-biznes, kimkolwiek by on nie był, i wszyscy mamy wspólne doświadczenia.

EM: Otrzymałeś Order Imperium Brytyjskiego (OBE), nagrody za całokształt twórczości i status ikony. Oficjalne uznanie po tych wszystkich latach jest satysfakcjonujące, czy raczej nieco zabawne, gdy wspominasz młodego Marca Almonda z Leeds Polytechnic?

MA: Jedno i drugie. Otrzymanie jednego z najwyższych wyróżnień w Wielkiej Brytanii było dla mnie ogromnym szokiem i prawdziwym powodem do pokory. Co pomyślałby młody Marc Almond z Leeds, gdybym je przyjął? Z przerażeniem, ale i odrobiną dumy.

EM: Twój najnowszy solowy album „I'm Not Anyone” brzmi jak deklaracja niepodległości...

MA: To był zbiór moich ulubionych piosenek, które przemówiły do mnie o moim życiu w tamtym momencie. Wytwórnia płytowa pozwoliła mi wybrać utwory i jestem bardzo dumny z albumu.

EM: „I'm Not Anyone” spotkał się z uznaniem uczestników Parady Równości na całym świecie. To ciekawe, że piosenka o odmowie podporządkowania się oczekiwaniom innych stała się częścią współczesnego języka walki o prawo do bycia sobą.

MA: To dla mnie bardzo, bardzo ważne. I żeby ludzie zrozumieli, że walka o równość wszystkich osób LGBTQ+ jest daleka od zakończenia. W miarę jak świat przesuwa się w stronę politycznej prawicy, wszyscy powinniśmy być głęboko zaniepokojeni. My, jako artyści, jesteśmy tymi, którzy mogą zmieniać strukturę molekularną serc i umysłów ludzi żyjących na tej planecie.

EM: „I'm Not Anyone” to połączenie utworów, które są od siebie zupełnie różne – od King Crimson i Blue Cheer po Dona McLeana, Mahalię Jackson i Paula Ankę. Co musi się wydarzyć w piosence, żebyś po przesłuchaniu tysięcy utworów na przestrzeni lat pomyślał: „To ja powinienem to zaśpiewać”?

MA: Ta piosenka musi do mnie przemawiać na poziomie emocjonalnym, musi rezonować. Myślę, że wszystkie utwory na tym albumie mówią coś o mnie i moim życiu, kim jestem na świecie i gdzie czuję, że przynależę. Album nosi tytuł „I'm Not Anyone”, co wprowadza nas w błąd, aż do momentu, gdy kolejny wers oznajmia „Not just anyone”.

EM: Na horyzoncie nowy album Soft Cell „Danceteria”, który ukaże się juź 25 września. Powiedziałeś, że to list miłosny do Nowego Jorku z początku lat 80. Czy po śmierci Dave'a ten list stał się również pożegnaniem?

MA: Wiadomość o śmierci Dave'a mocno mnie poruszyła. Oznaczała koniec naszej podróży, którą znaliśmy tylko on i ja, ponieważ dzieliliśmy ją. Jestem bardzo dumny z albumu i wiem, że Dave był czuł to samo, gdy usłyszał go zaledwie dwa dni przed śmiercią. To historia Soft Cell.

EM: Powiedziałeś też: „Dave Ball był połową Soft Cell”. Teraz, gdy tej połowy już nie ma, czy czujesz, że po raz pierwszy rozumiesz, czym tak naprawdę było Soft Cell przez te wszystkie lata?

MA: Nie, tak naprawdę nigdy nie miałem pojęcia. To było dwoje studentów, którzy tworzyli piosenki i muzykę przeciwstawiając się establishment i banalności życia, i to po prostu zadziałało – było wystarczająco dużo ludzi, którzy byli wściekli i sfrustrowani, i przez chwilę przemówiliśmy w ich imieniu.

EM: Skoro „Danceteria” przenosi cię do Nowego Jorku z początku lat 80., miejsca, które ukształtowało cię jako artystę i jako człowieka, czy powracając do tego świata po tylu latach, odkryłeś w nim coś, na co byłeś wtedy za młody?

MA: Dzisiejszy Nowy Jork jest dla mnie nie do poznania. To, co kochałem w tym mieście, przepadło. Zmieniło się niemal tak samo jak ja.

EM: Tytułowy utwór, „Danceteria”, to niezwykle radosny, wręcz euforyczny utwór. Czy świadomie chcieliście, aby ostatni rozdział Soft Cell nie był elegią, a celebracją życia?

MA: Tak, nie wiedząc oczywiście, że Dave umrze, ale to miało być nasze ostatnie oświadczenie i chcieliśmy, żeby pożegnanie było radosne.

EM: Zdradzisz czy na tegorocznym Festiwalu Soundedit w Łodzi, gdzie wystąpisz 24 października, usłyszymy poszerzony wybór materiału z „Danceterii”?

MA: Usłyszycie trochę "Danceterii", ale starałem się stworzyć setlistę niespodzianek. Uwielbiam przyjeżdżać do Polski, hojność ducha Polaków zawsze mnie podnosiła na duchu.

SOUNDEDIT FESTIVAL, Łódź, Wytwórnia, 24-27.10.2026

Bilety: Empik, Going, Bilety24, Ticketmaster, Eventim oraz na stronie Klubu Wytwórnia. Szczegóły dotyczące programu publikowane są na bieżąco na stronie www.soundedit.pl

Powiązane materiały