New Model Army

WywiadEwelina Marek / foto: Grzegorz SzklarekJustin SullivanLive Nation Polska
New Model Army

Przez ponad cztery dekady pozostaje jednym z najbardziej niepokornych głosów brytyjskiej muzyki. Nie wierzy w algorytmy, nie ufa politykom i wciąż szuka tej samej magii, która pojawia się tylko podczas wyjątkowych koncertowych wieczorów. W rozmowie Justin Sullivan opowiada o północnej Anglii zniszczonej przez Thatcher, sile wspólnoty rodzącej się pod sceną, przemijaniu, wolności twórczej i o tym, dlaczego muzyka nadal potrafi powiedzieć więcej niż słowa.

Ewelina Marek: W 2024 roku podczas trasy Unbroken Tour zagraliście ponad 120 koncertów. Co na to wasze ciało i psychika?

Justin Sullivan: W gruncie rzeczy wszystko wyszło całkiem dobrze. Fizycznie… no cóż, mam teraz 70 lat, więc nie jestem już tak szybki jak kiedyś. Czasami się męczę. Ale prawda jest taka, że samo koncertowanie wcale nie jest aż tak trudne, jak ludziom się wydaje. Musisz być w pełni skoncentrowany przez jakieś dwie godziny dziennie, tak „na sto procent”. Przez pozostałe 22 godziny funkcjonujesz trochę jak półprzytomny. Ludzie pytają: „O, byliście w tym mieście, zwiedziliście coś?”. A ja odpowiadam: „Nie, właściwie nic nie widziałem”. Człowiek jest w takim dziwnym półśnie.

EM: Jaki jest przepis na przetrwanie takiego maratonu?

JS: Mamy swoją rutynę. Jeśli jedziemy autobusem koncertowym, który stoi pod klubem, wszystko jest łatwiejsze. Wtedy przed koncertem po prostu idziemy spać. Budzimy się godzinę przed występem. I nagle jedyną rzeczą, o której myślisz, jest to, że za godzinę wychodzisz na scenę. Potem zaczyna się cały rytuał: rozciąganie, rozgrzewanie ciała, ćwiczenia głosu — wszystkie te fizyczne rzeczy. Ale mentalnie to działa tak, jakby poprzedni dzień już nie istniał, bo przecież znowu spałeś. To trochę jak nowy początek dnia. Dzięki temu czujesz się świeżo. Staramy się też jak najczęściej coś zmieniać, żeby nie grać dokładnie tego samego koncertu każdego wieczoru. Nigdy nie będziemy grać z click trackiem. Większość współczesnych zespołów tak działa i wtedy wszystko jest perfekcyjnie zsynchronizowane. Każdy koncert wygląda identycznie. Światła odpalają się zawsze w tym samym momencie, wszystko jest sterowane komputerem, a komputer kontroluje cały przebieg występu. My nigdy tego nie zrobimy. Nigdy.

EM: Dlatego każdy koncert trochę się różni...

JS: Nawet jeśli gramy ten sam materiał. Czasem gramy szybciej, czasem wolniej. Bywają takie wieczory, kiedy wszystkie gwiazdy ustawiają się idealnie. Pojawia się magia. Nie umiesz nawet wyjaśnić dlaczego. Schodzisz ze sceny i myślisz: „To było, kurwa, niesamowite”. A innym razem to się po prostu nie wydarza. Schodzisz ze sceny i mówisz: „Było okej, całkiem dobry koncert… ale nic wyjątkowego się nie wydarzyło”. I wtedy myślisz: „Dobra, jutro będzie lepiej”. Myślę, że cały czas gonimy właśnie za tymi wyjątkowymi momentami. Dlatego jeśli przez dwa tygodnie gramy te same utwory w tej samej kolejności, zaczynamy czuć, że trzeba coś zmienić, zanim wszystko stanie się zbyt rutynowe.

EM: W 2025 roku ponownie wystąpiliście na festiwalu w Jarocinie w Polsce, miejscu, które w latach 80. symbolizowało opór wobec władzy politycznej. W tym samym czasie wy, jako muzycy, również sprzeciwialiście się Thatcher. Patrząc z dzisiejszej perspektywy — jak oceniasz siłę muzyki w wpływaniu na społeczeństwo i politykę?

JS: Kiedy jesteś sam, patrzysz w telewizor i widzisz jakiegoś pieprzonego polityka mówiącego albo robiącego coś absurdalnego, kiedy czujesz tę całą presję, niesprawiedliwość świata i sposób, w jaki wszystko jest urządzone łatwo poczuć bezsilność. Ale kiedy trafiasz do miejsca pełnego ludzi, którzy myślą i czują podobnie jak ty, dzieje się coś zupełnie innego. Tak samo jest z demonstracjami. Nagle okazuje się, że nie jesteś sam. Telewizor może tylko wyrzucać w twoją stronę kolejne komunikaty. Natomiast tłum ludzi, którzy czują to samo co ty, daje poczucie siły, potwierdzenia, sensu. I właśnie dlatego muzyka pełni w tym wszystkim bardzo ważną rolę.

EM: Muzyka jest niezwykłą, wręcz magiczną siłą, która mówi do nas o rzeczach, których nie da się wyrazić słowami. To wszystko dotyczy ducha, emocji, czegoś bardzo głębokiego.

JS: Oczywiście muzykę się opisuje, szczególnie wtedy, kiedy mówimy o piosenkach. Piosenki mają słowa, więc opowiadają o czymś konkretnym. Sama muzyka bywa abstrakcyjna, ale teksty już nie. Najczęściej dotyczą tego, co chyba najmocniej porusza ludzkie serca — miłości i relacji. Ale przez całą historię istniała też muzyka mówiąca o sprawiedliwości, o sprzeciwie, pośrednio również o polityce. O poczuciu oporu wobec władzy i tego typu rzeczach. Myślę, że muzyka polityczna przede wszystkim jednoczy ludzi. Staje się tłem dla czegoś, co właśnie się wydarza. Jeśli grasz koncert albo odbywa się festiwal niosący w sobie ducha sprzeciwu, to ludzie zaczynają czuć wspólnotę. A to daje siłę.

EM: Mieszkam w Polsce, więc doskonale wiem, o czym mówisz. Wróćmy więc do Bradford lat 70. — robotniczego miasta. Jak to środowisko ukształtowało twoją tożsamość i doprowadziło do powstania New Model Army?

JS: Bradford to bardzo dziwne miejsce. Typowe dziewiętnastowieczne „boomtown”, miasto, które wyrosło błyskawicznie dzięki przemysłowi. Jak cofniesz się o jakieś dwieście lat, praktycznie nic tutaj nie było. Dopiero w XIX wieku Bradford stało się centrum handlu wełną i zaczęło się gwałtownie bogacić. Pod koniec XIX i na początku XX wieku było to naprawdę zamożne miasto — wszystko zbudowane wokół jednego przemysłu. Wełna. Tylko to. Fabryki były wszędzie. Nawet okolica, w której dziś mieszkam, była kiedyś pełna biur związanych z handlem wełną. I właśnie dlatego, jeśli cofniesz się dalej niż pięć pokoleń, praktycznie nikt nie jest „stąd”. Wszyscy przyjechali z innych miejsc. Ja też nie pochodzę z Bradford. Trafiłem tutaj jako dwudziestolatek, żeby studiować. Tyle, że na studiach długo nie wytrzymałem. Po roku rzuciłem college i założyłem zespół. Ludzie, z którymi tworzyłem New Model Army, również byli mieszanką różnych historii. Jeden też nie był stąd, drugi akurat pochodził z Bradford. I właśnie to było charakterystyczne dla tego miasta: ogromny tygiel ludzi, pomysłów i wpływów. Po II wojnie światowej przemysł wełniany zaczął umierać. W latach 60. wszystko stopniowo podupadało, a do miasta zaczęło napływać wielu imigrantów, szczególnie z Pakistanu. Dlatego dziś Bradford ma bardzo silny pakistański charakter kulturowy. Ale jednocześnie istnieje tutaj pewna specyficzna atmosfera, nikogo specjalnie nie obchodzi, skąd jesteś, bo właściwie wszyscy są skądś indziej.

EM: Jak dorastanie w takim miejscu ukształtowało sposób patrzenia na świat?

JS: Jak wiele dawnych przemysłowych miast, Bradford został kompletnie zniszczony w czasach Thatcher. To był właściwie wyrok śmierci dla takich miejsc. Bezrobocie było ogromne, bieda rosła i w gruncie rzeczy trwa to do dziś. Myślę, że cała północna Anglia (regiony górnicze, hutnicze, tekstylne) bardzo mocno odczuły zmianę struktury gospodarczej kraju wprowadzoną przez Margaret Thatcher. Z jednej strony było południe z Londynem jako centrum finansowego nowego świata, a z drugiej północ — stare przemysłowe miasta pozostawione samym sobie. Ten podział był bardzo wyraźny. I to na pewno nas ukształtowało. Na początku lat 80. trudno było żyć w północnej Anglii i jednocześnie nie interesować się polityką. Ale nie zakładaliśmy zespołu z powodów politycznych. Założyliśmy go z powodów muzycznych. I to nadal pozostaje prawdą. Natomiast interesowało nas to, co dzieje się na świecie. Mnie nadal interesuje. Dlatego czasami o tym piszemy. Choć szczerze mówiąc, utwory bezpośrednio polityczne stanowią raczej mniejszość naszej twórczości. Jednak ten społeczny i polityczny kontekst zawsze był obecny gdzieś w tle.

EM: Właściwie zanim powstało New Model Army, grałeś ze Stuartem Morrowem i Philem Tompkinsem w innych zespołach. W jaki sposób te wcześniejsze doświadczenia wpłynęły na narodziny tego składu?

JS: Myślę, że ja i Stuart pochodziliśmy z kompletnie różnych światów — zarówno życiowo, jak i muzycznie. Ale po prostu świetnie nam się razem grało. Stuart był absolutnym geniuszem w zasadzie we wszystkim, czego się dotknął. A ja potrafiłem trochę pisać. Więc zaczęliśmy współpracować w różnych zespołach, mieszając rozmaite wpływy muzyczne. Mieliśmy różnych wokalistów, bo ja wtedy właściwie nie umiałem śpiewać. Przewijali się też różni perkusiści i muzycy grający na innych instrumentach. I wtedy wydarzyło się coś, co naprawdę zmieniło moje życie. W 1979 roku poszedłem na koncert zespołu The Ruts — najbardziej znanego z utworów „Babylon’s Burning” czy „West One”. Formalnie byli punkową kapelą, ale tak naprawdę byli czymś znacznie większym niż zwykły punk band. Jestem przekonany, że staliby się jednym z największych i najważniejszych zespołów na świecie, gdyby ich wokalista nie zmarł z powodu heroiny w 1980 roku. To była niesamowita grupa. Ich muzyka była bardzo prosta, surowa. Widziałem ich w małym pubie dla może dwustu osób. Pamiętam, że był lodowaty styczniowy dzień i byłem wtedy w fatalnym nastroju. A na tym koncercie było absolutnie wszystko, co definiuje życie — wściekłość, piękno, celebracja, gniew, energia. Wszystko naraz. I pamiętam, że kiedy wyszedłem z koncertu, czułem się kompletnie oczyszczony i pełen energii. Pomyślałem wtedy: „Właśnie to powinniśmy robić. To jest ten kierunek”. Postanowiliśmy więc wszystko uprościć do maksimum. Zostać trio. Bez zbędnych ozdobników. Ja miałem po prostu szarpać gitarę i pisać piosenki. Stuart miał być najbardziej akrobatycznym basistą wszech czasów. A Phil Tompkins grać na perkusji. Choć akurat Phil odszedł po trzech miesiącach. Ale właśnie tak zaczynaliśmy, jako bardzo prosty, bezpośredni trzyosobowy skład.

EM: Zaczynaliście jako koncertowe trio bez wsparcia wytwórni. Co było trudniejsze — przebicie się na początku czy zachowanie własnej tożsamości przez ponad 40 lat?

JS: Na początku było zdecydowanie trudniej. Myślę, że każdy zespół potrzebuje odrobiny szczęścia. I my trochę tego szczęścia mieliśmy. Istnieją setki kapel zaczynających w małych, zapomnianych miejscach, takich jak Bradford, o których nigdy nikt nie słyszy. A bywają naprawdę świetne. Tylko że nie dostają tej jednej szansy, która wyciąga ich do szerszej publiczności. Po jakimś czasie się rozpadają, choć mogłyby stać się wielkimi zespołami. Nam przydarzyło się kilka małych momentów szczęścia, które sprawiły, że ludzie zaczęli nas zauważać. Potem wydarzyła się kolejna ważna rzecz — ktoś załatwił nam występ w programie telewizyjnym. W Wielkiej Brytanii na początku lat 80. był bardzo wpływowy program muzyczny „The Tube”. W każdym odcinku występowały trzy zespoły: jeden znany, jeden półznany i jeden kompletnie nieznany. Wszystko było grane na żywo. Dosłownie wszystko. Brzmiało to często fatalnie, ale miało w sobie ogromną energię i ekscytację. My trafiliśmy tam jako ten „nieznany zespół”. Zagraliśmy dwa utwory i nagle nasza publiczność zaczęła rosnąć. To było szczęście. Natomiast to, co pozwoliło nam przetrwać 46 lat — i nadal działa — jest już chyba prostsze do wyjaśnienia. To pewien punkrockowy sposób myślenia: „Mam pomysł? To go zróbmy”. Potem kolejny. I kolejny. Bez strachu. Druga rzecz to kompletne niezawracanie sobie głowy tym, co myślą inni. Ktoś kiedyś zapytał mnie, jaka jest różnica między nami dziś a nami sprzed 46 lat. Zacząłem się nad tym zastanawiać i doszedłem do wniosku, że właściwie żadnej różnicy nie ma. 46 lat temu zamykałeś się z ludźmi w pokoju, robiłeś hałas, który kochałeś, i mówiłeś: „To jest nasze. Sami to stworzyliśmy. Jesteśmy z tego dumni”. Mieliśmy nadzieję, że inni też to polubią, ale jeśli nie, trudno. My i tak to kochaliśmy. I dziś jest dokładnie tak samo. Nadal tworzymy muzykę, którą sami kochamy. Mamy nadzieję, że ludzie ją poczują. Jeśli tak się dzieje to świetnie. Jeśli nie, też w porządku.

EM: Jest jeszcze finansowy aspekt muzyki.

JS: Nigdy szczególnie nie obchodziły nas pieniądze. Nigdy też obsesyjnie nie myśleliśmy o sukcesie. Najważniejsze było stworzenie czegoś, co naprawdę kochasz. Jest taka historia w Biblii (zakładam, że jako Polka masz jakieś religijne tło, a też się w takim wychowałem), kiedy zapytano Jezusa, czy należy płacić podatki Rzymowi, odpowiedział: „Oddajcie cesarzowi to, co cesarskie”. Czyli: musimy żyć w materialnym świecie, funkcjonować w nim, radzić sobie z jego zasadami. Ale nigdy nie wolno sprzedać za ten świat własnej duszy. W tamtym czasie związałem się też z Joolz Denby, która do dziś pozostaje naszą artystką wizualną. Była poetką, pisarką, artystką — jedną z tych osób, które po prostu sprawiają, że rzeczy zaczynają się wydarzać Byliśmy wtedy razem. Sam związek nie przetrwał, ale przyjaźń została do dziś. I to ona w dużej mierze pomagała nam obrać kierunek, wspierała nas i popychała do działania W ten sposób narodził się zespół prosty, konkretny i bezpośredni, dokładnie taki, jakim chcieliśmy go mieć.

EM: W latach 80. duże wytwórnie najpierw was odrzucały, by później próbować was pozyskać. Myślisz, że przemysł muzyczny kiedykolwiek naprawdę zrozumiał New Model Army?

JS: Och, nie wiem. I szczerze mówiąc niespecjalnie mnie to obchodzi. Przemysł muzyczny nie jest jednym organizmem. Tworzy go mnóstwo ludzi, którzy trafili do niego dlatego, że kochają muzykę. Ale ostatecznie to nadal przemysł. A przemysł musi zarabiać pieniądze. I prędzej czy później to właśnie pieniądze zaczynają mówić najgłośniej. Zysk staje się najważniejszy. Dlatego nasza relacja z branżą muzyczną zawsze była skomplikowana. Chcieliśmy nagrywać płyty. Chcieliśmy odnosić sukcesy. Ale to nigdy nie było dla nas najważniejsze. Najważniejsza była wolność robienia tego, co sami chcieliśmy robić. Przez lata współpracowaliśmy z EMI, później z Sony i jeszcze różnymi innymi wytwórniami. I regularnie pojawiały się momenty, kiedy słyszeliśmy: „Jeśli chcecie odnieść sukces, powinniście zrobić to albo tamto”. A my odpowiadaliśmy: „Tak, ale nie chcemy tego robić”. Wtedy oni pytali: „Ale przecież chcecie być popularni?”. A my na to: „Owszem, chcemy. Ale nie za taką cenę”. I właśnie tu zawsze pojawiał się zgrzyt. Sukces nigdy nie był naszym nadrzędnym celem. Jasne, dobrze jest być docenionym, ale to nie była najważniejsza zasada, według której funkcjonowaliśmy. Nie przejmuję się specjalnie przemysłem muzycznym. To po prostu branża. A branża często ma niewiele wspólnego z samą muzyką. Myślę, że bardzo ważne było dla nas to, że nigdy nie mieliśmy problemu z oddzieleniem tych dwóch rzeczy. Z jednej strony istnieje przemysł, i trzeba umieć w nim funkcjonować. Są pewne gry, które trzeba rozgrywać, pewne zasady, z którymi trzeba się mierzyć. Ale z drugiej strony jest sama twórczość: to, co tworzysz, jak grasz koncerty, jak komunikujesz się z ludźmi. Dla nas te dwie rzeczy zawsze były całkowicie oddzielne. To jest nasza muzyka. I tutaj nie idziemy na kompromisy. Możemy ewentualnie pójść na kompromis w kwestii sposobu prezentacji czy promocji, ale nie w kwestii samej sztuki.

EM: W historii zespołu były odejścia, konflikty i śmierć Roberta Heatona. Co sprawiło, że New Model Army nie zamieniło się wyłącznie w „zespół grający własną legendę”?

JS: Myślę, że przede wszystkim miłość do nowych pomysłów. Ludzie często mówią nam dziś: „Macie już siedemnaście albumów. Nie musicie nagrywać kolejnych. Możecie po prostu grać stare utwory”. A my odpowiadamy: „Tak, ale my chcemy pisać nowe piosenki”. „Nikogo to już nie obchodzi. Ludzie mają od was wystarczająco dużo muzyki”. Tylko że nas to nie interesuje. My po prostu nadal chcemy tworzyć nowe rzeczy. Druga sprawa jest taka, że przez lata skład zespołu stopniowo się zmieniał. Co pięć, dziesięć lat pojawiał się ktoś nowy. I kiedy przychodzi nowa osoba, to nie jest już „ten sam zespół z nowym muzykiem”. Cała dynamika się zmienia. To prawie jakbyś zaczynał nowy zespół. Nowi ludzie przynoszą nowe pomysły, nowe emocje, nową energię. Wszystkie relacje wewnątrz grupy delikatnie się przesuwają. I to utrzymuje wszystko w świeżości. To w dużej mierze działo się trochę przypadkiem. Przez 46 lat przewinęło się przez zespół chyba około czternastu osób, więc to nie są jakieś gigantyczne rotacje. Ale właśnie ten lekki ruch co kilka lat bardzo dobrze wpływał na nas kreatywnie.

EM: Pewnie dlatego Wasza dyskografia jest bardzo różnorodna, a jednocześnie spójna. Jaki jest ten jeden element, dzięki któremu zawsze wiadomo, że to New Model Army?

JS: Są właściwie dwie rzeczy. Pierwsza to brzmienie mojego głosu. Tego po prostu nie da się zmienić. Chciałbym czasem móc, ale nie mogę. Masz głos, który dostałeś od Boga i tyle. Z tym się rodzisz. To trochę niesprawiedliwe. Jeśli jesteś gitarzystą i chcesz brzmieć jak Jimi Hendrix, możesz ćwiczyć, słuchać, analizować i w pewnym stopniu się do tego zbliżyć. Ale jeśli ja chciałbym śpiewać jak Otis Redding, to nie mam szans. Cokolwiek zrobię, zawsze będę brzmiał jak ja, bo mam taki głos, a nie inny. Druga rzecz, chyba równie ważna, jest taka, że na początku właściwie nie umiałem grać na gitarze. Dorastałem przede wszystkim na Motown i muzyce soul. I zawsze uważałem, że najważniejszymi ludźmi w zespole są basista i perkusista. Nadal tak uważam. To sekcja rytmiczna tworzy wielki zespół. Mieliśmy przez lata kilku naprawdę fenomenalnych perkusistów — właściwie dwóch absolutnie wyjątkowych — i serię świetnych basistów. Od początku chodziło o rytm, o puls, o napęd. Oczywiście są gitary, klawisze i cała masa innych instrumentów. Ale sednem zawsze był groove i energia sekcji rytmicznej. I myślę, że właśnie to jest jednym z kluczowych elementów brzmienia New Model Army.

EM: Powiedziałeś kiedyś, że muzyka pomaga młodym ludziom przepracowywać emocje. Jak wygląda to z twojej perspektywy po ponad czterech dekadach? Czy emocje są dziś bardziej stłumione czy może trudniejsze do uchwycenia?

JS: To bardzo ciekawe pytanie. I właściwie wraca do tego, o czym mówiłem na początku. Czasem próbujesz znaleźć słowa, żeby opisać to, co czujesz i po prostu się nie da. Wtedy robi to za ciebie muzyka. Jest taka historia, którą opowiadałem już kilka razy, bo dobrze pokazuje, czym właściwie jest muzyka i jak działa. Byłem kiedyś w Cleveland w stanie Ohio, w Stanach. Straszliwie gorący dzień. Graliśmy koncert w klubie położonym w bardzo biednej, głównie czarnej dzielnicy miasta. Ja i Ed poszliśmy się przejść i trafiliśmy do małej kawiarni. To było chyba najbardziej przygnębiające miejsce, jakie w życiu widziałem. Przy jednym stoliku siedziała para, kompletnie się do siebie nie odzywali, tylko patrzyli gdzieś w bok. Ludzie za barem mruczeli coś pod nosem, ktoś inny siedział w ciszy… nikt z nikim nie rozmawiał. Atmosfera była ciężka, martwa, totalnie depresyjna i wtedy ktoś — chyba nie ja ani Ed — podszedł do jukeboxa, jeszcze w czasach jukeboxów, i puścił Otisa Reddinga „You Can’t Turn Me Loose”. Ten numer z tym legendarnym basem: du-du-du-du-du… Piosenka trwa może dwie i pół minuty. I to było trochę jak oglądanie tych przyspieszonych filmów, na których rozkwita kwiat. W ciągu dwóch i pół minuty wszystko w tej kawiarni się zmieniło. Facet przy stoliku zaczął wystukiwać rytm nogą. Chwilę później ta para spojrzała na siebie i zaczęła się uśmiechać. Ludzie za barem zaczęli się ruszać w rytm muzyki. Nagle wszyscy zaczęli ze sobą rozmawiać. Atmosfera kompletnie się odmieniła. To było niesamowite. Absolutnie niezwykłe. A wszystko wydarzyło się wyłącznie za sprawą jednej piosenki. Dlatego uważam, że muzyka jest rodzajem potężnej magii. I myślę, że dla ludzi, którzy naprawdę kochają muzykę, nadal ma ogromne znaczenie. Ktoś zapytał mnie kiedyś, czy muzyka jest dziś dla młodych ludzi tak samo ważna jak dla mojego pokolenia. Kiedy wracam myślami do swoich czasów, pamiętam, że muzyki słuchali właściwie wszyscy. Była wszędzie — pop leciał non stop, obok pojawiały się bardziej interesujące rzeczy. Ale dla części z nas muzyka znaczyła coś znacznie więcej. Może dla jednej czwartej albo jednej trzeciej ludzi w mojej szkole była czymś absolutnie fundamentalnym. Naprawdę potrzebowaliśmy tych płyt, tych utworów. Potrzebowaliśmy ich emocjonalnie. I myślę, że dziś jest dokładnie tak samo. Jasne, pod pewnymi względami jest łatwiej — jest Spotify, YouTube, wszystko masz pod ręką. Ale młodzi ludzie nadal potrzebują czegoś, co pomoże im zrozumieć świat na podstawowym poziomie. To wciąż ten sam proces. Masz w sobie mnóstwo emocji, których nie umiesz nazwać. W głowie i sercu dzieje się coś skomplikowanego, czego nie potrafisz uchwycić ani wyrazić. I nagle słyszysz utwór, który sprawia, że myślisz: „Właśnie tak się czuję”. I uważam, że to jest niezwykle ważne.

EM: Wspominałeś kiedyś, że bardzo ważną książką jest dla ciebie „The Mask of Apollo” Mary Renault. To prawda?

JS: Tak.

EM: To historia aktora i świata teatru. Czy bycie w New Model Army przypomina bardziej dramat, tragedię czy może coś zupełnie innego?

JS: (śmiech) Czasami to dramat i sama muzyka bywa bardzo dramatyczna. Czasami komedia, oczywiście. Bywają też tragedie. W naszej historii naprawdę zdarzały się tragiczne momenty. Ale generalnie lubię życie. Natomiast sama książka jest opowiadana z perspektywy aktora, ale tak naprawdę dotyczy wielu różnych tematów. Bohater funkcjonuje w świecie polityki — zarówno w Grecji, jak i na Sycylii, która była grecka. To również epoka Platona, więc pojawiają się tam filozofia i wielkie idee. Narrator jest wobec filozofii dość sceptyczny, ale jednocześnie bardzo zabawny w swoich komentarzach. Ta książka jest niezwykle bogata — mówi o polityce, filozofii, relacjach międzyludzkich i teatrze. Bohater ma na ścianie maskę Apolla, boga aktorów, i ta maska do niego przemawia. Właściwie jest głosem jego sumienia. Prowadzi go w stronę tego, co prawdziwe. Mówi mu, żeby nie szedł na kompromisy i pozostał wierny prawdzie tego, co robi.

EM: W jednym z wywiadów powiedziałeś, że nie wierzysz w siłę AI. Nigdy naprawdę nie kusiło cię, żeby wykorzystać ją kreatywnie — choćby z czystej ciekawości?

JS: Z ciekawości? Oczywiście, że tak. Pobraliśmy nawet Suno, program do generowania muzyki. Siedzieliśmy któregoś dnia w autobusie podczas trasy i pomyśleliśmy: „Dobra, pobawmy się tym”. Wrzuciliśmy jakieś teksty New Model Army i zaczęliśmy sprawdzać: „stwórz utwór metalowy”, „stwórz numer country” i tak dalej. I muszę przyznać — to było niesamowicie sprytne. W ciągu kilku sekund program rozumiał: „Okej, tutaj jest refren, więc trzeba podnieść dynamikę, tutaj zwolnić, tutaj zrobić przejście”. Naprawdę bardzo inteligentne rozwiązanie. Potem generował wokalistów, którzy mieli nawet tę charakterystyczną „oddychającą” emocjonalność w głosie. Tylko że… ponieważ nie stoi za tym żadna prawdziwa emocja, to wszystko jest wyłącznie imitacją emocji. Stylizacją. To nie jest autentyczne uczucie, bo ostatecznie to pieprzony komputer. I najciekawsze było właśnie to, że najpierw spojrzeliśmy na to i pomyśleliśmy: „Okej, to jest naprawdę sprytne”. A potem… po minucie zaczęliśmy się nudzić. Wrzuciliśmy kolejne polecenie: „Dobra, zrób jeszcze jeden”. I po jakichś czterdziestu pięciu minutach byliśmy kompletnie znudzeni, bo wszystko, co powstawało, było po prostu nudne. To nie miało duszy. Nie miało prawdziwych emocji. Nie łączyło się z nami na emocjonalnym poziomie. Jasne, było sprytne. Brzmiało poprawnie. Momentami jak współczesny pop albo jakiś generyczny metal. Ale czy poruszało nas w jakikolwiek sposób? Ani trochę. Było po prostu puste. Bez emocji.

EM: A gdybyś miał sprowadzić historię New Model Army do jednej dominującej emocji, która powraca przez lata — co by to było?

JS: Nie potrafię tego zrobić. Naprawdę nie potrafię. Bo emocji jest po prostu zbyt wiele. I wydaje mi się, że nigdy nie ograniczaliśmy się ani do jednego rodzaju muzyki, ani do jednego rodzaju emocjonalności. Jasne, w naszej twórczości jest dużo gniewu. Ale jest też mnóstwo radości, piękna i wielu innych uczuć. Myślę, że widać to również w sposobie, w jaki piszę teksty. Nie tworzę zbyt wielu piosenek o samym sobie, a przynajmniej staram się tego nie robić. Wolę opowiadać historie innych ludzi. Czasem zaczynam tekst od „ja zrobiłem to czy tamto”, ale to wcale nie znaczy, że chodzi o mnie. To po prostu sposób opowiedzenia cudzej historii. I bardzo lubię takie podejście. Dlatego pojawiają się u nas także utwory, z których perspektywą wcale nie musimy się zgadzać. Jest na przykład piosenka „My People” z albumu "The Love of Hopeless Causes", napisana w czasie wojen w Jugosławii. To utwór opowiedziany z perspektywy nacjonalisty, próba wejścia do jego głowy. Czy zgadzam się z nacjonalizmem? Niespecjalnie. Ale czy go rozumiem? Tak. Jest też utwór „One of the Chosen” z albumu "High". To z kolei opowieść o radości płynącej z bycia religijnym fundamentalistą. Czy filozoficznie się z tym zgadzam? Nie. Religijni fundamentaliści bywają przerażający. Ale czy rozumiem, co człowiek może w tym odnaleźć? Tak, rozumiem. I właśnie dlatego napisaliśmy tę piosenkę z perspektywy takiej osoby. Lubię to robić, bo świat jest wielowarstwowy. Nie interesuje mnie ciągłe opowiadanie wyłącznie własnych emocji i historii. Oczywiście zawsze czerpię też z samego siebie, ale dużo bardziej fascynuje mnie opowiadanie historii innych ludzi.

NEW MODEL ARMY:

06.07. Białystok, Zmiana Klimatu

07.07. Warszawa, Progresja

08.07. Wrocław, A2

Bilety: https://www.livenation.pl/new-model-army-tickets-adp329

Powiązane materiały

New Model Army na trzech koncertach w Polsce
News

New Model Army na trzech koncertach w Polsce

Grupa kierowana przez Justina Sullivana zagra w lipcu w Białymstoku, Warszawie oraz Wrocławiu.

Pierwsza zapowiedź nowej płyty New Model Army
News

Pierwsza zapowiedź nowej płyty New Model Army

Zespół New Model Army udostępnił pierwszy singiel, a jednocześnie utwór otwierający nadchodzący album studyjny „Unbroken”. „First Summer After” to klasyczna "piosenka drogi" New Model Army, pełna zwrotów akcji i przygód. Teledysk został nakręcony i zmontowany przez stałego współpracownika zespołu, Toma Hardinga.

New Model Army na trasie po Polsce
News

New Model Army na trasie po Polsce

Grupa z Bradford będzie promowała nową płytę studyjną na czterech koncertach w Polsce.

New Model Army - Unbroken
Recenzja

New Model Army - Unbroken

Co nowego u Justina Sullivana i jego kompanów? Dalej robią swoje, czyli muzykę. Właśnie wydali nowy longplay Unbroken, który jest ich pierwszym wydawnictwem studyjnym od blisko 5 lat, czyli krążka "From Here".

New Model Army / Warszawa, Palladium / 9.3.2024
Galeria

New Model Army / Warszawa, Palladium / 9.3.2024

Grupa New Model Army zagrała wyprzedany koncert w warszawskim Palladium. Był to fragment trasy promującej nowy album "Unbroken".

New Model Army w wersji symfonicznej
News

New Model Army w wersji symfonicznej

Ukazał się pierwszy singel zapowiadający niezwykły projekt grupy New Model Army.

New Model Army w wersji symfonicznej
News

New Model Army w wersji symfonicznej

"Sinfonia" to tytuł nowej płyty grupy kierowanej przez Justina Sullivana.

New Model Army zagra w Warszawie oraz Krakowie
News

New Model Army zagra w Warszawie oraz Krakowie

Rok po ostatniej wizycie w Polsce grupa New Model Army przyjedzie do naszego kraju na dwa koncerty.

Galeria

New Model Army / Warszawa, Proxima / 16.10.2019

 

Nowy klip New Model Army przed trasą po Polsce
News

Nowy klip New Model Army przed trasą po Polsce

W niedzielę w Poznaniu rozpocznie się trasa grupy New Model Army po naszym kraju. Zespół zaprezentował właśnie nowy teledysk.

Trasa New Model Army coraz bliżej
News

Trasa New Model Army coraz bliżej

13 października w Poznaniu rozpocznie się trasa New Model Army po naszym kraju.

New Model Army - From Here
Recenzja

New Model Army - From Here

New Model Army nagrali nowy album na małej norweskiej wysepce Giske, co miało duży wpływ zarówno na warstwę muzyczna, jak i tekstową płyty "From Here". Między innymi o tym napisał w swojej recenzji Jakub Oślak.