Paul Casey

The Chris Rea Experience - projekt tworzony przez wieloletniego przyjaciela i współpracownika artysty, Paula Caseya – po raz pierwszy i jedyny zawitał do Polski z ekskluzywnym koncertem, poświęconym twórczości jednego z najważniejszych gitarzystów i songwriterów ostatnich dekad, który odbył się w NOSPR Katowice 22 marca. Kilka dni przed tym wydarzeniem, Paul przyleciał do Polski i opowiedział nam między innymi o swojej relacji z Chrisem i jego muzyką.
MM: Przeglądając set koncertów The Chris Rea Experience with Paul Casey & Rea-magined, zacząłem się zastanawiać, czy masz ulubiony okres muzyczny w karierze Chrisa?
PC: Tak, od „Wired To The Moon” (wydana 1984 r. – przyp. MM) do „On The Beach” (wydana w 1986 r. – przyp. MM). Ta ‘trylogia’ to dla mnie biblia, jeśli chodzi o twórczość Chrisa. Kiedy byłem młodym chłopakiem, to te albumy do mnie trafiły najbardziej. Uwielbiałem na nich jego głos. Czułem to, co on czuł. Jego teksty mnie wciągały. Pamiętam pierwsze randki z moją dziewczyną, która dziś jest moją żoną i gdy słuchaliśmy razem tych płyt. To jest ścieżka dźwiękowa naszego wspólnego życia.
MM: No właśnie - zawsze miałem wrażenie, że to nie gitara slide jest najważniejsza w jego piosenkach, ale jego głos.
PC: Zgadza się. Gitarę słyszysz najpierw, ale w połączeniu z jego głosem z piosenkami dzieją się cuda. Dopóki żył, pomagałem mu przy nagraniach demówek. I wtedy nagrywał wokal acapella… Brzmiał niesamowicie. Był głęboki i poważny. Dostawałem ciarek, słuchając tych nagrań. Gdy zacząłem z nim grać, okazało się, że gram bardzo podobnie do jego stylu. W pewnym momencie powiedział, że trzeba będzie mnie przesunąć do tyłu, bo jestem za dobry (śmiech). A potem powiedział mi, że uwielbia mój głos… Zaskoczył mnie kompletnie. Nie mogłem uwierzyć! Bardzo doceniał moją muzykę, piosenki, które pisałem. I pamiętam, że pewnego dnia pracowałem z nim w studiu i wyszła z tego piosenka „Blow Away The Clouds”. Zaśpiewał ją za pierwszym podejściem. Chris Rea zaśpiewał w mojej piosence z moim tekstem! Byłem oszołomiony.
MM: Wszyscy chyba znamy historię o tym, jak Chris zaczął grać na gitarze slide, używając butelki po perfumach siostry. A jak było w Twoim przypadku?
PC: Początkowo też nie wiedziałem, czym grać na slide, ale mój ojciec był hydraulikiem i dał mi specjalny papier, którym owinąłem sobie palce i grałem. Gdy go zdjąłem, okazało się, że całe ręce mam czarne (śmiech). Ale byłem bardzo uparty i grałem codziennie. Ale właśnie gitara Chrisa była tym, co mnie urzekło w jego muzyce w pierwszej kolejności. Zacząłem grać na gitarze, kiedy miałem 11 lat i słuchałem do kolekcji reggae mojego ojca, ale były tam też płyty Dire Straits, czy Erica Claptona. Pamiętam specyficzne czasy w moim życiu, bo byłem przywiązany do pewnych albumów, kiedy ich słuchałem. To nostalgia. Poza tym Chris był bardzo przyjaznym facetem. Nasze historie były podobne, bo też poznałem swoją żonę, będąc w szkole średniej…
MM: No i w połowie był Irlandczykiem.
PC: Właśnie! Kiedy spotkałem go po raz pierwszy w Belfaście, miał dużo ciepłych uczuć względem Irlandii. Miałem 18 lat, a on okazał mi zainteresowanie, gdy chciałem zapytać go gitarę slide. To było w 1993 r. na trasie promującej „God's Great Banana Skin”. Pracowałem w sklepie z płytami i znałem jednego gościa z Warner Records, który wiedział, że byłem zainteresowany Chrisem Rea i jego muzyką i załatwił mi wejściówkę na koncert. To był pierwszy raz. Potem kilka lat później przy okazji „The Blue Cafe” w 1998 roku ten sam gość wkręcił mnie na backstage. I tym razem miałem już ze sobą kasetę mojego demo, którą dałem Chrisowi. A on pamiętał mnie i potem rozmawiałem jeszcze z jego ekipą. Kilka dni później Chris zadzwonił do domu moich rodziców. Nie było mnie akurat w domu, więc mama zadzwoniła do mojej pracy i powiedziała, że Chris będzie jeszcze dzwonił… Początkowo myślałem, że to żart. Okazało się, że nie – zadzwonił!
MM: Chrisowi był też bliski świat filmu. Rozmawialiście o tej fascynacji?
PC: Tak, nagrałem z Chrisem płytę „Santo Spirito Blues”, która była soundtrackiem do dwóch filmów dokumentalnych - "Bull Fighting" i "Santo Spirito". Chris uwielbiał kino. Myślę, że jego pierwsze albumy są bardzo filmowe. Jego piosenki i historie w nich zawarte nadają się na filmy.
MM: Widziałem, że na koncertach The Chris Rea Experience with Paul Casey & Rea-magined i widziałem, że gracie “Driving Home For Christmas” na bis. Domyślam się, że te koncerty nie mogą się obyć bez tego utworu?
PC: Niekoniecznie. Na pewno gramy go w okresie świątecznym, ale powiem Ci, że teraz chyba nie będziemy go grali. Jest prawie wiosna (śmiech). Zmieniamy sety. Staramy się pokazać cały przekrój twórczości Chrisa. Zawsze gramy jednak coś z „Shamrock Diaries” i z „The Road To Hell”, bo te płyty ludzie kochają najbardziej. Zresztą myślimy nawet, czy którejś z nich nie wykonywać w całości? Zobaczymy.
MM: A gwiżdżesz we wprowadzeniu do „Auberge”?
PC: Nie (śmiech). Zawsze gramy ten numer inaczej. Chris nigdy nie zagrał danej piosenki tak samo i my też staramy się podążać tym tropem. Pamiętam, jak pokazałem mu nagranie z koncertu na festiwalu w Montreux. Chris nie był zbyt komputerowy, ale znalazłem na YouTubie ten występ i go oglądaliśmy razem. I tam słychać, że wszystko zagrał inaczej.
MM: Kiedy ostatni raz widziałeś się z Chrisem?
PC: W listopadzie ubiegłego roku, a jeszcze kilka dni przed jego odejściem sms-owaliśmy.
MM: Masz też dość pokaźny dorobek autorski. Ostatnia płyta „Life In Reverse” wyszła 2 lata temu, natomiast chciałem Cię zapytać, czemu między płytami „Scrapbook” i „Solo” było aż 7 lat przerwy?
PC: Ponieważ wówczas trochę obraziłem się na branżę. Praca przy muzyce była satysfakcjonująca, natomiast strona biznesowa mnie frustrowała. Ciężko było mi dotrzeć z moją twórczością ponad pewne biznesowe podziały. Teraz nie jest o wiele lepiej, ale mam do tego inne podejście. I tak - cały czas nagrywam nowe pomysły, ale nie wiem, czy i kiedy wydam następną płytę. Na razie skupiam się przede wszystkim na The Chris Rea Experience.
