The Rumjacks

WywiadGrzegorz SzklarekThe Rumjacks
The Rumjacks

The Rumjacks przywiozą St. Patrick’s Day do Polski. Ich naładowany pubową energią celtycki punk będzie można usłyszeć w Poznaniu, Krakowie i Warszawie. Z tej okazji zadaliśmy serię pytań przesympatycznemu basiście Johnny'emu McKelveyowi.

GS: Gdy słyszysz słowo „celtycki”, jakie skojarzenia przychodzą ci do głowy? Jakie znaczenie ma dla ciebie to słowo?

JMK: Moi rodzice pochodzą z Belfastu, z Irlandii Północnej, ale ja dorastałem w Australii. W dzieciństwie nigdy nie wpajano we mnie celtyckości, ale muzyka celtycka, irlandzka zawsze była gdzieś wokół mnie i wydaje mi się, że nigdy nie przedstawiano mi jej jako muzyki celtyckiej czy ludowej. Po prostu zawsze tam była i zawsze można było ją usłyszeć. Kiedy byłem młodszy moi rodzice zawsze śpiewali, urządzali imprezy, a ja chciałem być tam z nimi, dobrze się bawić i słyszałem te piękne ludowe irlandzkie utwory. Myślę, że właśnie wtedy zakochałem się w celtyckiej muzyce ludowej. Więc wydaje mi się, że kojarzy mi się ona z dzieciństwem i dorastaniem. To było moje wprowadzenie w ten świat.

GS: Można powiedzieć, że ta celtyckość tkwi w twoim sercu…

JMK: Tak myślę. Zwłaszcza jeśli żyjesz w takim środowisku to ta muzyka jest wokół ciebie naprawdę często. A potem dorastasz i stajesz się nastolatkiem, odkrywasz swój własny styl oraz muzykę, zaczynasz słuchać punk rocka i myślisz, że wiesz lepiej i znasz najlepszą muzykę na świecie. A potem te dźwięki, które kochałeś, gdy byłeś młodszy, wracają i zaczynasz je bardziej doceniać.

GS: O ile mi wiadomo, każdy z was mieszka obecnie w innym kraju. Czy nie próbowaliście połączyć elementów muzycznych z tych krajów w swojej twórczości?

JMK: Nasz perkusista jest Włochem, mamy w zespole dwóch chłopaków z Bostonu i trzech Australijczyków. W Australii ludzie są zaskoczeni, kiedy im o tym mówię, bo tam jest naprawdę dużo muzyki folkowej. No i oczywiście Australia to dość wielokulturowe miejsce, co jest fantastyczne. To wspaniałe miejsce do dorastania, z różnymi kulturami, muzyką i wpływami. Myślę więc, że w naszej muzyce słychać tę wielokulturowość, ale wynika to z dorastania w Australii. To samo dotyczy Pietro, który dorastał we Włoszech i chłopaków ze Stanów. Wszyscy mamy różne rodzaje muzyki wokół nas i wszyscy graliśmy wcześniej w różnych zespołach. Na przykład ja, zanim założyliśmy The Rumjacks, grałem w kapeli rockabilly. Adam grał wcześniej w zespole ska i mamy elementy ska w naszych kawałkach, na przykład w „Bloodsoaked in Chorus”. Mike grał wcześniej w zespołach hardcore'owych i ska-core'owych, Kyle był w zespołach punkowych, a Pietro grał wcześniej na perkusji w zespołach jazzowych oraz bluesowych. Niezależnie od tego, czy ci się to podoba, czy nie, sposób, w jaki uczysz się grać na instrumencie, muzyka, z którą dorastasz, mają wpływ na twoją grę.

GS: Bardzo ważnym elementem Waszej muzyki są teksty, które opowiadają historie. Czy są one brane z Waszego życia bądź dotyczą ludzi, których znacie?

JMK: W tekstach naszych piosenek jest fajny mix tych dwóch elementów. Uważam, że w muzyce folkowej chodzi o opowiadanie historii. Niezależnie od tego, czy są to osobiste doświadczenia, czy po prostu opowieści. Może to być coś lekkiego, po prostu historia jakiejś osoby. Może to być historia o miłości, stracie lub coś humorystycznego. Może to być historia, którą sam wymyśliłeś, jakaś piękna opowieść, albo cokolwiek chcesz przedstawić za pomocą muzyki. Ale fajne jest też to, że możesz czerpać z doświadczeń i wszystkiego, co się z tym wiąże i możesz to przelać na tekst piosenki. A najwspanialsze w tym wszystkim jest to, że kiedy stworzysz muzykę i teksty, spakujesz w całość, nagrasz piosenkę i ją wydajesz, to ktoś ją usłyszy i może prawdopodobnie zwróci uwagę na tekst. I pokocha tę piosenkę, wyciągnie z niej jakieś wnioski, a następna osoba znajdzie w niej coś zupełnie innego. Myślę, że właśnie to jest wspaniałe w muzyce – czy to ludowej, czy w punk rocku – że słysząc coś w melodii lub tekście, można z tego wyciągnąć to, co się chce. Niektóre piosenki są bardziej przejrzyste niż inne, jeśli chodzi o tematykę, przesłanie i tego typu rzeczy.

GS: Dodałbym też tematy polityczne, jak na przykład w pochodzącym z Waszej ostatniej płyty utworze „Come Hell Or High Water” opowiadającym o emigracji.

JMK: Zgadza się. Mówiłem już, że moi rodzice pochodzą z Irlandii Północnej i wyemigrowali do Australii. Rodzice Adama pochodzą z Dublina i też wyemigrowali do Australii. Rodzice, dziadkowie i pradziadkowie każdego z nas skądś pochodzą. Ludzie wciąż się przemieszczają. To leży w naturze człowieka, by podróżować, może dla lepszego życia, dla przygody, dla miłości. Każdy przenosi się z różnych powodów, a piosenki takie jak „Come Hell Or High Water” są, jak sądzę, dość łatwe do zrozumienia, ponieważ mogły być napisane specjalnie dla irlandzkich imigrantów, którzy opuścili wyspę do Bostonu, Nowego Jorku zaczynając od XIX wieku aż po konflikty w Irlandii Północnej, kiedy ludzie pragnęli lepszego życia. Tak było w przypadku moich rodziców. Więc myślę, że fajne w tym jest to, że możemy się z tym utożsamić. Pamiętajmy jednak, że i teraz mamy do czynienia z emigracją do Europy z krajów arabskich w związku z sytuacją na Bliskim Wschodzie. Jak widzisz, temat ten jest aktualny od dziesiątków lat i myślę, że będzie obecny zawsze.

GS: Gdy słucham „Dead Anthems”, wydaje mi się, że jest ona początkiem nowego etapu w działalności The Rumjacks. To naprawdę świeżo brzmiąca porywająca muzyka…

JMK: Moim zdaniem ten album można uznać za kontynuację nowej ery. Myślę, że nasza poprzednia płyta „Hestia” była nowym początkiem, świeżym startem. Myślę więc, że dla nas to właśnie tam wszystko się zaczęło, z wielu powodów. „Hestia”, ep-ka „Brass for Gold”, nasz split z Flatfoot 56, a potem „Dead Anthems” – to historia odświeżonych Rumjacks. I czujemy się z tym dobrze. Czujemy się bardziej swobodnie podczas tras koncertowych, w trakcie pisania oraz nagrywania muzyki i mamy nadzieję, że to słychać na płytach. „Dead Anthems” to był nowy rozdział z wielu powodów. Nagraliśmy ten album w USA z Petem Steinkampem z Bouncing Soul, a miksował ten materiał Kevin z Interrupters. Nigdy wcześniej tego nie robiliśmy. Nasze poprzednie płyty nagrywaliśmy we Włoszech i w innych miejscach. To była więc zmiana również pod względem lokalizacji. Pojechaliśmy tam, spróbowaliśmy czegoś nowego i naprawdę włożyliśmy w tę płytę mnóstwo pracy. Uważam, że jest to kontynuacja odnowionego i, moim zdaniem, szczęśliwszego oraz lepszego Rumjacks.

GS: A czy macie już jakieś nowe pomysły na nadchodzący album?

JMK: Tak, za kilka miesięcy wracamy do studia. Właśnie to organizujemy i zamierzamy popracować nad kilkoma nowymi kawałkami. Mamy już sporo napisanych utworów, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie. Być może EP-ka, a może album – zobaczymy. Na pewno jednak w ciągu najbliższych kilku miesięcy, pomiędzy trasami koncertowymi, wpadniemy do studia i zaczniemy nagrywać nowy materiał.

GS: Który moment w historii The Rumjacks był przełomowy, dzięki któremu z nieznanej grupy staliście się tak zwaną gwiazdą?

JMK: Myślę, że nie było jednego momentu. Chodzi po prostu o ciężką pracę. Każdy może założyć zespół, każdy może wydawać muzykę, wrzucać ją do sieci i tak dalej. Myślę, że ponad 10 lat temu, a może nawet wcześniej, kiedy zaczęliśmy koncertować w Europie i opuściliśmy Australię, zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli chcemy to robić, jeśli pragniemy, by ludzie przychodzili na nasze koncerty i aby publiczność się powiększała, musimy być konsekwentni. I trzeba się tego trzymać. Trzeba ciężko pracować. Jeździsz w trasę, potem znowu tam wracasz, wydajesz muzykę i upewniasz się, że to nie są śmieci. Musisz się upewniać, że twoje koncerty są dobre. Trzeba jeździć w trasy, ciężko pracować, wydawać dobrą muzykę i po prostu próbować. Wyprowadziliśmy się z Australii, aby rozpocząć nowe życie i spróbować swoich sił w muzyce jako zawodzie, dobrze się bawić i zwiedzać więcej miejsc na całym świecie.

Wiele zespołów nie jest w stanie tego osiągnąć albo przeszkadzają im w tym sprawy życiowe, co jest zrozumiałe. Ale radziłbym po prostu być zespołem, który nie ustaje w wysiłkach i nie poddawać się. Większości zespołów nie udaje się tego osiągnąć z dnia na dzień. Niektórzy potrafią bardzo szybko osiągnąć sukces, ale po prostu trzeba ciężko pracować.

Myślę, że publiczność to dostrzega – nie tylko podczas tras koncertowych – ale ludzie zdają sobie sprawę, że jeśli podchodzisz do tego na poważnie i naprawdę się angażujesz, to oni też będą cię traktować poważnie. I niezależnie od tego, czy staną się fanami w sieci, będą słuchać waszej muzyki, pobierać ją, kupować i streamować, czy też pojawią się na koncercie w pierwszym rzędzie, myślę, że jeśli włożysz w to wysiłek i będzie to widać, to zostanie to docenione. Ciężka praca się opłaca. Nadal uważam, że ciężko pracujemy i jeszcze nie osiągnęliśmy wszystkich celów, ale nadal będziemy robić to, co robimy.

GS: Czy kiedykolwiek rozważaliście nagranie albumu, a może płyty koncertowej z towarzyszeniem orkiestry?

JMK: Na albumie „Dead Anthems” po raz pierwszy w historii wykorzystaliśmy partie smyczkowe, więc było to ciekawe doświadczenie. Nie jestem pewien, czy to był nasz pomysł, ale… coś takiego byłoby niesamowite. Nie jestem pewien, czy sprawdziłoby się to w przypadku wszystkich utworów, ale zdecydowanie można dostosować utwory do różnych aranżacji i różnych instrumentów, a to nadaje im zupełnie nowe życie. Tak, nie mielibyśmy nic przeciwko temu, aby na pewno przyjrzeć się utworom i sprawdzić, czy istnieje inny sposób ich interpretacji oraz spojrzenia na nie….

GS: Ale taki projekt orkiestrowy kosztuje kupę kasy….

JMK: Wszystko kosztuje, stary, wszystko kosztuje, ale jak już mówiłem, będziemy dalej ciężko nad tym pracować, a jeśli coś się sprawdzi w jakiejkolwiek wersji – czy to w wykonaniu zespołów orkiestrowych, czy jakkolwiek inaczej – to z pewnością rozważymy tę opcję i pozostaniemy otwarci na muzykę w takim składzie. Myślę też, że większość ludzi i fanów powinna postąpić tak samo – zachować otwarty umysł. Jest mnóstwo dobrej muzyki, więc hej, nigdy nie wiadomo, może kiedyś?

GS: W ostatnim utworze na nowej płycie złożyliście hołd Shane'owi McGowanowi. Jak ważną postacią był dla ciebie Shane?

JMK: Bardzo ważną. Myślę, że dla każdego zespołu z tego gatunku – jeśli tak to można nazwać – ze świata celtyckiego punka – The Pogues byli inspiracją. Shane McGowan i jego twórczość – od The Pogues, przez The Popes - to poezja. Wszystko, co zrobił, było ogromnie ważne. Myślę, że to bardzo zmieniło sposób, w jaki ludzie postrzegają irlandzki folk, muzykę celtycką. Nie mam na myśli tylko celtyckiego punka, ale to, w jaki sposób tchnął nowe życie w tradycyjne irlandzkie instrumenty. Nie można ignorować jego wpływu muzycznego, który wywarł wpływ na o wiele więcej gatunków niż tylko celtycki punk, jeśli tak to można nazwać, bo czasami nawet nie lubię używać tego terminu. Ale jego wpływ na autorów piosenek, na muzyków na całym świecie jest ogromny.

Jesteśmy jego wielkimi fanami i czuliśmy, że musimy złożyć mu hołd. To tak, jakby po raz kolejny pokazać poprzez muzykę, że niektóre legendy nigdy nie umierają. Będą żyć w muzyce tak długo, jak długo nie zostanie ona w jakiś magiczny sposób wymazana przez czas, a pliki i płyty nie spłoną – ona będzie tam na zawsze. Będzie tam jeszcze długo po tym, jak odejdzie autor piosenek, poeta – ona nadal tam będzie. Myślę, że dla nas oznaczało to, że chcieliśmy napisać tę piosenkę i naprawdę okazać wdzięczność za to, co Shane zrobił dla muzyki, dla nas i dla naszego zespołu.

THE RUMJACKS

26.03.26 / Poznań, 2Progi

27.03.26 / Kraków, Kwadrat

29.03.26 / Warszawa, Oczki

BILETY: www.winiarybookings.pl

Punkty sprzedaży: www.winiarybookings.pl, Going, Empik Bilety, Eventim, Ebilet, Ticketmaster

Powiązane materiały