Editors

Po elektronicznej „EDM” grupa Editors wróciła z nowym albumem. „Surface, Echo & Sound” to ujmująca, pogodna i w znacznej mierze akustyczna płyta, utrzymana w duchu R.E.M. oraz kilku innych tuzów lat 90, której recenzję możecie przeczytać na naszej stronie. A o szczegółach jej realizacji opowiedział nam basista Russell Leetch.
MM: Przygotowując się do naszej rozmowy, wydawało mi się, że od wydania „EBM” minęły 2 lata. Tymczasem okazało się, że to już 4 lata.
RL: (śmiech) Gdybyś mnie zapytał mnie wprost, też pewnie powiedziałbym, że „EBM” wyszło 2-3 lata temu, a nie 4. Czas płynie strasznie szybko.
MM: Wasza nowa płyta „Surface, Echo & Sound” sprawiła mi dużo przyjemności. Tom opowiadał mi, że graliście razem całe ubiegłe lato, kiedy powstawał ten materiał. Ten pomysł wyszedł od niego?
RL: Nie, myślę, że wyszło z od nas wszystkich. Dotarliśmy do punktu, w którym nie robiliśmy tego w taki sposób od tak dawna, że po prostu tego potrzebowaliśmy. Kiedy tworzymy coś razem w studiu, a potem gramy to na żywo, zaczynamy czuć coś innego i gramy też w inny sposób. I potem myślisz sobie: O, może tak powinniśmy to nagrywać zawsze, bo tak jest lepiej. I wtedy znowu jesteśmy zespołem. Nie robiliśmy tego od jakiegoś czasu. Myślę, że COVID, nagranie płyty stricte elektronicznej, życie daleko od siebie oraz starzenie się… To wszystko sprawiło, że funkcjonowaliśmy inaczej. A teraz znów stworzyliśmy album jak prawdziwy zespół – razem.
MM: Po raz pierwszy na waszej płycie słychać mandolinę. Kto na niej zagrał – Tom, czy Justin?
RL: Tom. Ta płyta to ‘nasz album R.E.M.’ (śmiech). Nasz hołd dla nich, dla „Out Of Time”, czy „Automatic For The People”.
MM: Uwielbiam te płyty.
RL: My też. Są piękne. Dlatego brzmienia mandoliny na „Surface, Echo & Sound” to nasz dyskretny ukłon w stronę tamtych płyt.
MM: Wiem, że jesteś fanem Johnny’ego Marra. Podoba Ci się jego ostatnia płyta „The Age Of Everything”?
RL: Bardzo! Uwielbiam Johnny’ego Marra i w oczywiście The Smiths.
MM: Pytam, bo utwór „The Rush” przypomina mi The Smiths.
RL: Tak, zdecydowanie. W tej piosence jest coś innego. Przywołujemy wiele naszych ulubionych gitarowych zespołów i stylów grania. Oczywiście ludzie wiedzą, że lubimy Echo And The Bunnymen, Depeche Mode i The Cure. Wszystkie te zespoły z ‘ciemnymi’ piosenkami… Chcieliśmy po prostu dodać to klasyczne, brytyjskie brzmienie do naszej muzyki.
MM: Grałeś na tej płycie na akustycznym basie?
RL: Nie, to jest prawdziwy, elektryczny bas, ale fajny, precyzyjny i vintage’owy. Nie ma tu żadnych efektów, tylko proste, bezpośrednie brzmienie.
MM: Przy okazji wydania „EBM” rozmawiałem z Edem i zwróciłem uwagę, że często tytułujecie wasze piosenki jednym słowem. Na „Surface, Echo & Sound” też tak jest.
RL: (śmiech) Zabawne, że o tym wspominasz. Mieliśmy podobną rozmowę z Manic Street Preachers dawno temu, którzy pytali nas, dlaczego wszystkie nasze piosenki są jednym słowem? Mamy „Blood”, ”Munich”,”Bones”. Odpowiedzieliśmy, że nie wiemy (śmiech). Może tak jest po prostu łatwiej?
MM: A jak rozumiesz sam tytuł płyty „Surface, Echo & Sound”?
RL: Ten tytuł mówi o rozmowach, o rzeczach, które nie są bezpośrednio perfekcyjne, ale refleksyjne. O codzienności, o tym, jak emocje się mogą rozprzestrzeniać. Ciężko to objąć w kilku zdaniach. Myślę, że każdy rozumie ten tytuł inaczej.
MM: Piosenką, która szczególnie mnie poruszyła na tej płycie jest „Butterfly Wings”, która brzmi, jakbyście grali ją wieczorem przy ognisku gdzieś w górach. Słychać w niej naturę.
RL: Masz rację. Zresztą myślę, że na całym albumie jest dużo natury. Nagraliśmy latem w hrabstwie Gloucester, a rolnicy pracowali obok pełną parą, bo było bardzo gorąco. Do tego wszędzie były pełno zwierząt.
MM: Tak jak w „Farmie Clarksona”...
RL: (wybuch śmiechu) On ma farmę 25 mil od miejsca, w którym byliśmy! Na szczęście go nie spotkaliśmy.
MM: Zaskakująco pozytywny jak na was jest utwór „Seriously”.
RL: To piosenka pop-rockowa. Wydaje mi się, że to jest bardzo w stylu lat 90. Słuchaliśmy „Celebrity Skin” Hole i chcieliśmy zrobić taki świetny gitarowy numer i to naprawdę zadziałało z „Seriously”. Tom miał zdaje się tę piosenkę już od dłuższego czasu i miała one różne inkarnacje - niektóre trochę wolniejsze, inne trochę bardziej folkowe. Zresztą songwriting Toma ma korzenie bardzo folkowe, a potem dodajemy do tego rocka. Może nie w stylu Black Sabbath, ale bardziej jak wspomniane już R.E.M.
MM: Mówisz o folkowych korzeniach pisania Toma i chciałem Cię zapytać jeszcze o piosenkę, która zamyka płytę – „The Hills We Died Upon”, ponieważ brzmi, jak odrzut z z jego solowej płyty.
RL: Tak, ma fajną partie gitary slide autorstwa Justina, ale chcieliśmy na płycie utwór bardziej intymny – jeszcze bardziej, niż „Butterfly Wings”, gdzie wszyscy gramy razem. „The Hills We Died Upon” jest w pełni akustyczne i uważam, że dobrze kończy ten album.
MM: Czy jakiś utwór, który nagraliście, na niego nie wszedł?
RL: Owszem, jest jeden utwór, który nie wszedł. Pracowaliśmy nad nim na różne sposoby, ale jeszcze nie znaleźliśmy właściwego. To jedna z moich ulubionych piosenek z tych sesji, więc myślę, że prędzej, czy później ją nagramy. Póki co, ma roboczy tytuł.
MM: A czy masz ulubiony moment na tym albumie z twojej perspektywy jako basisty?
RL: Szczerze mówiąc, bardzo podoba mi się piosenka „Shadow”. Bas prowadzi ją z rytmem. Był to trochę w stylu Nirvany bez prądu. Chcieliśmy uzyskać coś ciężkiego w ten właśnie sposób, a ja lubię tak grać.
MM: Wydaje mi się, że ten album jest dość specyficzny w waszym dorobku. Jest to wasze najbardziej akustyczne dzieło, ale też odnosi się do waszych początków i różnych sposobów songwritingu stricte gitarowego. Co ciekawe - nie jest to też bardzo typowe brzmienie dla zespołu pochodzącego z Birmingham.
RL: Masz całkowitą rację. Nie ma tu niczego ukrytego. Mogliśmy pojechać do Londynu, wynająć drogie studio, dołożyć orkiestrę… Woleliśmy jednak podejść do tego prościej, bardziej naturalnie. Album wyprodukował Justin, a zmiksował go Craig Silvey. Wszystko więc zostało w rodzinie (śmiech).







