Mesh

Od 35 lat bristolska grupa Mesh łączy brzmienia elektroniczne podszyte mrokiem i skomplikowanymi emocjami. Nie inaczej jest na najnowszej płycie zespołu, zatytułowanej „The Truth Doesn’t Matter”, która nawiązuje do czasów pełnych post-prawd i fake newsów. Wokalista i gitarzysta Mark Hockings oraz klawiszowiec Richard Silverthorn, dają na niej upust swoim przemyśleniom, które zaszyli w nowych utworach. O kilku z nich, jak i o nieco szerszej perspektywie istnienia Mesh opowiedział nam w poniższej rozmowie Richard.
MM: Kiedy myślimy o początku 90. i Bristolu, to prawie każdy wymienia trip hop, Massive Attack, Tricky’ego, czy Portishead. A czy wy byliście częścią tego ruchu w jakiś sposób?
RS: Na pewno nie byliśmy częścią tego całego trip hopu – to znaczy - to było bardzo blisko nas, ponieważ wszyscy mieszkamy w Bristolu. To jednak była trochę inna rzecz, a my robiliśmy zupełnie inną muzykę. Poza tym kręciła nas co innego – EDM, mroczna elektronika itd. Trip hop jest zdecydowanie bardziej miejski. Ale mogę się pochwalić, że chodziłem do szkoły z jednym z klawiszowców Portishead (śmiech). Natomiast zdecydowanie graliśmy dla innej publiczności.
MM: Punktem zwrotnym dla Mesh była płyta „The Point At Which It Falls Apart” z 1999 roku. Widziałem jej wznowienie, które ukazało się z okazji 25-lecia. Brzmi świetnie. Jak dziś patrzysz na ten album z perspektywy tych wszystkich lat?
RS: Hmm, nie wiem, co odpowiedzieć… To było ciekawe, bo kiedy robiłem remastering na wydanie, o którym wspomniałeś, musiałem na nowo posłuchać tego materiału. Wtedy rejestrowaliśmy go na taśmach DAT. Posłuchałem go i zacząłem się zastanawiać, jak myśmy to nagrali (śmiech). Technologia była na zupełnie innym poziomie. Ale spodobała mi się wibracja tej płyty, bo jest dość szorstka.
MM: Moją uwagę zwróciły brzmienia gitar na tej płycie…
RS: …które były samplowane. Najpierw nagrywaliśmy partie gitar, a potem je cięliśmy. To był zapis tamtych chwil, tamtych możliwości, tamtej technologii.
MM: Przechodząc do „The Truth Doesn't Matter” – płyta ukazuje się po 10 latach od wydania poprzedniej – „Looking Skyward”. To chyba najdłuższa przerwa wydawnicza w historii waszego zespołu.
RS: (śmiech) Jako zespół zawsze działaliśmy w ten sposób, że pisaliśmy album, potem go promowaliśmy, a potem ruszaliśmy w trasę. I tak to wyglądało przez wiele lat. Gdy zakończyliśmy trasę promującą „Looking Skyward”, nasz tzw. tour manager zasugerował zrobienie tournée retrospektywnego. Podobał mi się ten pomysł, natomiast postanowiłem przeprogramować piosenki, by brzmiały trochę bardziej współcześnie. To było sporo pracy. Zrobiliśmy tak, pojechaliśmy w trasę, ale wróciliśmy z niej kompletnie wypaleni. A potem pojawiła się pandemia, zaś ja przeszedłem przez rozwód, który oczywiście nie jest bardzo dobrym okresem w życiu… Więc to nie tak, że planowaliśmy przerwę – to się po prostu wydarzyło.
MM: Więc co zrobiłeś podczas pandemii? Wielu muzyków, którzy zajmują się muzyką elektroniczną zamknęło się wówczas w swoich studiach i tworzyli nowe rzeczy.
RS: Moje studio znajduje się w domu moich rodziców, więc wciąż muszę tutaj przyjeżdżać, by pracować. A podczas pandemii raczej unikało się kontaktów, zwłaszcza z osobami starszymi, by nie narażać ich na zakażenie. Straciłem więc dostęp do studia, co było trochę frustrujące. Tak wyglądało moje życie w pandemii…
MM: Kiedy zatem zaczęliście pracować nad „The Truth Doesn't Matter”? Po pandemii?
RS: Mniej więcej. Mieliśmy kilka demówek sprzed 3-4 lat, z którymi nic wcześniej nie robiliśmy. Potem napisałem jeszcze trochę rzeczy dla Marka, ale proces powstawania tego materiału był bardzo powolny. Myślę, że pierwszą piosenką, którą zrobiliśmy, było „Not Everyone Is Lonely”. Stwierdziłem, że powinniśmy zagrać ją na żywo, zanim ją wydamy, czego dotąd nie robiliśmy. A potem już poszło. I gdy mieliśmy ukończony album, miałem jeszcze trochę muzyki, którą dałem Markowi prawdopodobnie 2 lata temu. A on wrócił jeszcze na koniec z pomysłem na piosenkę. Powiedziałem, że to jest to. Mamy singla, który nagraliśmy dosłownie w ostatnim momencie. Mam na myśli „Exile”.
MM: „Not Everyone Is Lonely” też jest przecież bardzo przebojowy. Brzmi jak zaginiony utwór Depeche Mode, który chcieliby nagrać.
RS: (śmiech).
MM: Natomiast tuż przed wydaniem płyty wypuściliście ep-kę „This World”, na której znalazł się utwór „Lone Wolf”. Czemu nie znalazł się na płycie?
RS: To bardzo stara piosenka. Mark napisał ją ze 4 lata temu. Miałem ją na komputerze przez cały czas. Uważam, że ma świetną melodię. Natomiast nasz plan pierwotnie zakładał, że na płycie znajdzie się 12 utworów, ale nasza wytwórnia wymyśliła, że chce wypuścić płytę także w wersji deluxe, na której znajdą się nowe mixy i niewydane wcześniej utworu. I na tej wersji pojawi się właśnie „Lone Wolf” oraz jeszcze jeden utwór – „Take Sides”. Resztę będą stanowić różne wersje singli. Uwierz mi, ciężko było zdecydować, co ostatecznie odrzucić z programu tej płyty…
MM: Chciałem zapytać Cię jeszcze o piosenkę „Cipher”. Na jej początku pojawia się zsamplowany oddech lub wydech.
RS: To ja. Cały album dotyczy komunikowania się i o sposoby, jakimi komunikujemy się jako ludzkość. I fakt, że teraz wiele rzeczy nie są prawdopodobnie prawdziwe.
MM: I które prawdopodobnie mogą się zdarzyć…
RS: Tak. Dodaliśmy do tego dźwięki telefonów i alfabet Morse’a. W środku utworu słychać, jak wystukiwane jest tym alfabetem słowo MESH. Spędziłem nad tym całe wieki w studio, by prawidłowo to wygenerować. I to jest bardzo interesujące, bo jest bardzo rytmiczne, kiedy to odczytujesz.
MM: A czy utwór „1031030” to reklama jakiegoś sprzętu?
RS: Nie, to Mark nagrał różne dźwięki z telewizji, które wykorzystaliśmy w tym kawałku. To zdaje się były dwie policjantki i to one wypowiadają te liczby.
MM: Widziałem rozpiskę trasy. Póki co – nie ma na niej Polski.
RS: To prawda, ale myślę, że zagramy u Was jesienią. Wszystko zależy od lokalnych promotorów. Na razie gramy pierwszą część trasy, więc wypatruj kolejnych miejsc.
FOTO: Mark Hockings











