Steven Wilson - Requiem For A Village

„Requiem For A Village” to mroczne brytyjskie słuchowisko, w którym Steven Wilson porzuca kosmos na rzecz gotyckiej opowieści grozy, prowadzonej głosem Davida Tennanta.
Uciekając przed koncepcyjnością swojej muzyki, Steven Wilson wydał właśnie swoją najbardziej koncepcyjną płytę. Jeszcze przed chwilą byliśmy w kosmosie i nieskończoności, a teraz lądujemy w progu zaświatów, do których prowadzą stare drzwiczki na zapleczu anglikańskiego kościółka gdzieś w Cotswolds. Jeszcze przed chwilą nasza planeta wydawała się zupełnie pozbawionym znaczenia pyłkiem w oku wielkiego kosmicznego bytu, a teraz staje się bramą do miejsc okrytych tajemnicą, pajęczynami, a kto wie, czy nie granicą życia i śmierci. Z bezkresu galaktyki wpadamy w gotycką ciemność, gdzie czekają na nas dzwony, chóry, a pewnie i niejedna trumienka. No i głos Davida Tennanta recytującego wersety Andy’ego Partridge’a.
Tak, to nie pomyłka – Dr Who czyta swoim mięsistym szkockim akcentem słowa lidera XTC do muzyki guru prog-rocka – czy może być coś bardziej brytyjskiego? Do tego ta atmosfera nieco zapomnianego w czasie miasteczka, które ma nawet swoją stronę internetową, napisaną w HTML-u, której ostatni update przypadł na rok 1999. Trochę to pachnie filmem „The Wicker Man” z 1973 roku (pl. „Kult”) z Christopherem Lee w roli głównej. Bardzo jest to złowrogie, niejasne i pokręcone, a nieliczni mieszkańcy mijający nas na ulicy mają w oczach ten biały błysk, jakby posiedli ich porywacze ciał. A może oni są duchami, a to, co widać, to zgliszcza miejsca, którego nieopisana tragedia nie zachowała się w żadnych annałach BBC ani „News of the World”?
„Requiem for a Village” to płyta-słuchowisko. Możemy rozmawiać o historycznych concept-albumach, takich jak „Tommy” czy „The Wall”, ale nawet tam mieliśmy klasyczne numery, wręcz hity. Tutaj tego nie ma. Tu w ogóle nie ma numerów – jest jedna długa audycja radiowa, której poszczególne części przerywa (spaja, dopełnia) narracja Tennanta. A jego słowa brzmią tak, jakby napisał je nie Partridge, a Poe czy Blake. To zresztą ta sama sztuczka, jaką dekady temu zastosowali The Moody Blues na swojej „Days of Future Passed” (jeszcze starszej niż film z Lee) – wszyscy pamiętamy Breathe deep, the gathering gloom… Tutaj jest to samo. Śpiew Wilsona jest tu wręcz na drugim planie; za lead vocals, niczym chór grecki, odpowiada David Tennant.
A co z samą muzyką? No, to jest temat-rzeka. „Village” to być może najbardziej czerpana, kombinowana płyta Wilsona. Słucha się jej tak, jakby nie składała się ona z kompozycji, lecz była jedną długą transmisją złożoną ze znalezionych dźwięków, field recordings, testów sprzętu i wykorzystania absolutnie każdego efektu i pudełeczka, jakie mamy w studio. To, co słyszymy, jest pełne nastroju i instrumentalnych dziwactw, niczym radiofoniczne eksperymenty zdobiące audycje płynące w eter. Ciężko połapać się, co tu jest piosenką, a co ozdobą, gdzie jest początek i koniec, a co jest tylko przejściem do kolejnej komnaty, krokiem przez próg między wymiarami, w głąb snu, szaleństwa i wieńczącego to przebudzenia oraz zatrzymania taśmy.
To nie jest płyta, którą większość określi mianem najlepszej Wilsona, podobnie jak ostatnia, jakże znakomita płyta Porcupine Tree nie zawładnęła sercami fanów jako ta najważniejsza. A mimo to są to krążki wyborne, destylowane, jednosłodowe, do których trzeba usiąść w spokoju i dać się zabrać gdzieś na koniec opowieści. Sens tego krążka łatwo zgubić, jeśli nie zagłębimy się w niego na spokojnie, na słuchawkach, w ciszy i skupieniu. To nie jest przebojowe „To the Bone”, ani odlotowe „Grace for Drowning”; tutaj nawet sam Wilson nie jest w centrum wydarzeń, lecz jego duch dźwięku, kompleksowość, nastrojowa układanka, przepastna skrzynia nastrojów, rozwiązań, pomysłów – i ta wszechobecna tajemnica, której imienia nie wolno wymawiać.
Dla Daniela Wojtysiaka (1973-2026)











